piątek, 25 grudnia 2015

Wesołych Świąt!

Razem z Abi pragniemy pożyczyć Wam:


Samych sukcesów w nadchodzącym roku, 
żeby wszystko szło z górki, gładko jak po maśle :D
Jak najwięcej czasu spędzonego w gronie psiarzy 
i odnalezienia swojej własnej (najlepszej) ekipy spacerowej, 
a do tego mnóstwa niezapomnianych treningów, 
na których będziecie pękać z dumy ze swoich podopiecznych!
Dużo, dużych zakupów - żeby uzupełnić psi ekwipunek rzecz jasna
i od groma miejsc do spokojnych ćwiczeń, bez podgapiaczy :D 
Sukcesów zarówno blogowych jak i fanpagowych
co by obserwatorów i lajków przybywało w tempie jednostajnie przyśpieszonym.
Dużo wyjazdów, podróżowania, pięknej pogody na spacerach,
tak żeby przemoczone buty, kurtki i kostniejące palce poszły w zapomnienie, 
a na koniec - całorocznego, niezmiennego, szerokiego uśmiechu na twarzy,
który pomoże Wam zarażać, naszą wyjątkową, psią pasją innych.

A pieską standardowo - multum piłeczek, szarpaczków, dysków
ciasteczek, smakołyczków, kurczaczków
oraz zabaw z innymi psijaciółmi.
Do tego stałego rozwijania półkul mózgowych, 
i odnalezienia w nich swojego własnego, osobistego, psiego geniuszu. 
No i miłości, duużo miłości od swoich opiekunów, wyrozumiałości 
i szacunku dla Was - czteronożnych istotek z wielkim serduchem! 


My tu gadu, gadu, a prezenty same się nie otworzą mamo! 

piątek, 20 listopada 2015

Chuckit! Paraflight + test!

Przedstawiamy kolejnego dziwoląga do kolekcji! Niby to frisbee, niby szarpak, a oprócz tego, że lata potrafi też pływać – wydaje się być godną uwagi dysko-zabawką ;) Jesteście ciekawi w jakim stylu Paraflight przeszedł chrzest bojowy? Test czas zacząć!



Sama konstrukcja składa się z okrągłego ringo, wykonanego z miękkiej pianki i umocowanego do niego materiału. Środek zabawki nie jest napięty, a wręcz przeciwnie ma ,,za dużo’’ materiału, przez co w tracie lotu wypełnia się powietrzem. Do wyboru mamy dwa rozmiary S i L (my mamy ten drugi, wszystkie wymiary w filmiku - częstować się), a kolory jak zwykle w stylu Chuckitowskim, może nie najpiękniejsze, ale za to zawsze widoczne (sprawdzone, przetestowane!). Dodatkowo zawitało też logo firmy, a jeśli chodzi o rzecz najistotniejszą to alarmuje – według Abinych szczęk zdecydowanie należy do tych z serii giętkich, przyjemnych i mięciutkich dla psich ząbków :D


A jak poszło w części praktycznej?
Paraflihgt przeszedł 3 próby bojowe i gdyby nie to, że polubiłam go już w Internetach od dawna siedziałby w szufladce z psimi bublami :P
- WODOWANIE – w tym sprawdzał się na pierwszym spacerze jeszcze za czasów cieplutkiego lata i niestety nie był widoczny dla psa. Luźny materiał, o którym wcześniej wspominałam w tym wypadku nie wypełniał się powietrzem, a wodą przez co dysk się zatapiał :/ Po schwyceniu i płynięciu do brzegu zabawka wyginała się, stanowiła dodatkowy opór i utrudniała psu pływanie – w filmiku bystre oko spostrzeże jak Abi musiał wysoko unosić głowę i płynąć w nienaturalnej pozycji, żeby dotrzeć na ląd ;)


- LATANIE – W rozpisce poszczególnych dysków Chuckit, Paraflight narysowany jest jako ten, który leci prosto, a potem powoli opada na ziemię. W rzeczywistości jest trochę inaczej… może i nie jestem zawodowym rzucaczem, ale nieźle trzeba się namachać, żeby dysk poleciał na wprost ;) Plusem za to jest jego luźny środek, który przy opadaniu (i dobrym rzucie) napełnia się powietrzem i powoli spada na ziemię, przez co pies ma kupę czasu, żeby wcelować i złapać :) Jest też ultra lekki, dlatego rzucanie przy huraganie zdecydowanie odpada. Przy podejmowaniu z ziemi, nie było większych problemów tak samo jak przy robieniu rollerów – tutaj wszystko gra!


- SZARPANIE – no i tutaj następuje kwestia sporna ,bo o ile materiał jest totalnie delikatny (przy każdej zabawie zęby przebijają się na drugą stronę, a zabawka zyskuje kilka nowych dziur) to ma zdolności regeneracyjne i na drugi dzień szkody zabliźniają się. Myślę, że to dzięki elastyczności materiału, którego od początku nie umiem określić – nie mam bladego pojęcia cóż to jest :P Jednak przez jego lichy wygląd bawiłam się względnie delikatnie i jestem ciekawa jak przeżyłby większe harce. Jeśli tylko obawa przed uśmierceniem go w ten sposób, skutecznie odpychająca mnie od tego pomysłu przestanie działać, dam znać jak mu poszło :D


Dodatkowym minusem jest odklejający się napis, który po odpadnięciu literek wygląda dość nieestetycznie, a tak prezentuje się w trakcie błotnego spaceru :P


Koniec końców mam bardzo mieszane uczucie. Na pewno nie kupiłabym go ponownie, bo za tak wysoką cenę spodziewałam się czegoś mocniejszego. Póki co jest oszczędzany i biwakuje sobie w szufladzie na fajniejsze treningi jako super nagroda, bo mimo tych wszystkich niedociągnięć  Abiny móżdżek klasyfikuje go do tych z pierwszej kategorii lubienia :D
A Wy mieliście z nim styczność? Jeśli tak to koniecznie dajcie znać czy przeszliście podobne perypetie :)


piątek, 6 listopada 2015

Nasz dziennik treningowy

Nie wiem jak Wy, ale ja mam dużą potrzebę planowania wszystkiego, żeby upchnąć w ciągu dnia jak najwięcej rzeczy i wykorzystać czas w 100%. Niestety szufladki w moim móżdżku są już totalnie przepełnione i zwyczajnie pewne rzeczy umykają mej uwadze, toteż z pomocą nadchodzą notesy, dzienniki czy karteczki samoprzylepne ;) I kiedy doszło do tego, że zaczynałam mylić co Abi już potrafi, a czego nie i zapominać starszych nauczonych sztuczek (niepowtarzanych przez kilka miesięcy...) tą samą technikę postanowiłam wykorzystać w psich sprawach. I wiecie co? To był strzał w 10!


Nasz początkowy dziennik był starym zeszytem (wytarganym ze stosu ,,oczekujących’’ na swoją kolej w szufladzie) z zapiskami naszych postępów i rzeczy do zrobienia. Z biegiem czasu zamiast notować tylko w nim, na szybko sięgałam po zwykłą kartkę, bazgrałam plan treningu, a potem wrzucałam do zeszytu - zapewne domyślacie się…  zaczął wyglądać jak mały kataklizm ;)
Notowanie w takim bałaganie wcale nie należało do rzeczy przyjemnych, dlatego w lipcu tego roku zakupiłam dzienniczki z prawdziwego zdarzenia, podobające mi się wizualnie, od początku prowadzone w moim mniemaniu schludnie i uwierzcie - praca w powyższym zespole to jak niebo, a ziemia w porównaniu do poprzedniego kompana ;)

Dzienniczek planów i rzeczy do zrobienia 
Podzieliłam go zgodnie z kolorami na cztery części:

- żółtą poświęciłam luźnym zapiskom na przykład zakupom, konkursom czy teraźniejszej diecie (Abi nie jest zachwycona ^^). Przyznaję się, że używam jej najrzadziej, ale za najbardziej lubię– wiecie zakupy i te sprawy… aż miło na sercu kiedy rozbudowuje się swoją wishlistę :D


- kolor różowy to oczywiście temat sztuczek i wszystkiego co z nimi związane – stworzyłam dział z nauczonym sztuczkami, żeby czasem żadna nie popadła w niepamięć, listę tricków na przyszłość (tzw. rzeczy ,,do nauczenia’’) i dodatkowo cele do osiągnięcia w danym miesiącu, daty późniejszych treningów realizujących plan i końcowe sprawozdanie z postępów – pełen full wypas!
A jeśli najdzie mnie ochota zapisuje także ciekawe sposoby nauki danych sztuczek podpatrzonych z Internetów albo rodzących się w mojej własnej łepetynce :)


- niebieskość należy do tematu obedience i podobnie jak przy sztuczkach mamy listę rzeczy nauczonych oraz tych do zrobienia w przyszłości, cele na dany miesiąc plus daty treningów i końcowe podsumowanie naszej pracy.
Jednak moja ulubiona część to zapiski! Obedience to taki sport, gdzie uczymy się całe życie i istnieją tryliardy sposobów na doskonalenie ćwiczeń lub kreatywne treningi, dlatego zapisanie i uporządkowanie tego wszystkiego jest rzeczą niezbędną. Do tej pory gdy zobaczę coś nowego w treningach innych biegnę po dzienniczek i dopisuję do konkretnego działu – to się nazywa obsesja :)


- kolor zielony przeznaczony jest dla tych wszystkich dziedzin, w których orłami nie jesteśmy, ale lubimy od czasu do czasu próbować w nich swoim sił :) Zaliczamy tutaj między innymi agility, frisbee, rowerowanie czy sprawy fitness. Notuję dość sporadycznie, a jeśli już to głównie nowe sekwencje torków czy uwagi odnoście rzutów i kombinacji we frisbee, zagadnienia odnośnie rozgrzewki i przygotowania psa do wysiłku albo zwykłe notatki co trzeba jeszcze poprawić  i nad czym się skupić :)


Zeszyt codzienny 
Czyli do krótkich notatek z codziennych spacerów czy sesji klikerowych albo dłuższych sprawozdań z treningów. Niestety brak czasu daje się we znaki i widzę, że ta forma zapisek nie utrzymuje się (przynajmniej u nas) przez dłuższy okres czasu, dlatego notuję od czasu do czasu, zazwyczaj po większych treningach albo nowym milowym postępie. Miło jest potem wrócić do starszych notatek i zobaczyć jak rzeczy, wykonywane przez psa z uśmiechem na pysku przedtem wydawały się być barierą nie do przejścia ;)


Kartki z rozpisanymi treningami 
Jak już wielokrotnie wspominałam każdy trening planuje, żeby wiedzieć co robić po kolei i nie miotać się między ćwiczeniami. Tutaj bardzo przydają się notatki z działu obedience w ,,dzienniczku planów’’, z których czerpie nowe pomysły i urozmaicenia treningów (nudą wiać nie może!). Zazwyczaj po nabazgraniu tego co potrzeba karteczka ląduje na korkową tablicę, czeka na porę ładowania pakunków do torby i kusi mnie, żeby zrobić to już teraz, właśnie w tej chwili ;)


Filmowy dziennik elektroniczny 
Oo i zawiało nowoczesnością! Podkreślam, że jestem fanką wszystkiego co stare i technice mówię zdecydowane ,,nie’’, ale przyznaję, że filmy to najlepszy sposób, żeby zobaczyć swoją pracę z psem oczami innej osoby, no i co za tym idzie rażące błędy.
PS: Oprócz tego, że uwielbiam sklejać filmy to równie mocno lubię odpalać stare egzemplarze i analizować co zmieniło się w naszych relacjach. Polecam wszystkim zakupić aparat, statyw i zacząć kompletować swój elektroniczny dzienniczek wspomnień ;)


Uff… to by było na tyle - wszystkie sposoby na zebranie i poukładanie swoich dotychczasowych poczynań przedstawione :) Jestem bardzo, ale o bardzo ciekawa jakie są Wasze tajniki dobrej organizacji, a nóż podpatrzę coś ciekawego - zapraszam do dyskusji! :D 


piątek, 30 października 2015

Chuckit! Indoor Shaker - test

O to piłko-mopowate ,,coś’’ było tak wiele pytań, że nie sposób nie przedstawić Wam naszej nowej zdobyczy z Chuckit! i omówić dokładnie co i jak. Do dzieła, zaczynamy!


Przyznaję się, że początkowo oglądając mopokulę w Internetach miałam nieodparte wrażenie, że będzie luźnym, miękkim ,,workiem’’ i trwałam w nim, aż do dnia przesyłki. Jednak jedno było pewne, połączenie dużej piłki, rączki i mopowatej faktury – nie… to nie mogło się nie udać ;)

Na początek trochę teorii, wybaczcie :P
Shaker ma średnicę 12 cm (dużo czy mało? Wszystko okaże się w części praktycznej :D) do tego dołączono stosunkowo krótką rączkę z logo firmy i zastanawiam się – z obawy o jej długość - czy stworzono ją w celu przeciągania czy trzymania (rzucania). My stosowałyśmy różnorako, bo przy zabawie, aż prosi się o chwycenie, ale przyznam, że nie było to zbytnio komfortowe - cały czas musiałam kurczliwie trzymać, żeby czasem nie wyślizgnęła się z rąk. Jeśli chodzi o materiał, który użyto do jej wykonania to jest to ten sam co w Ultra Tugu (czyt. dość sztywny) – szczęśliwcy zaopatrzeni w owego (można już powiedzieć) klasyka będą wiedzieć w czym rzecz ;) 
Za to pseudo mop, którym obszyta jest piła fakturą od swojego kolegi nieco się różni – frędzelki są dużo delikatniejsze, cieńsze i mniej puszyste - ale zdecydowanie zalicza się do tych przyjemnych dla psich ząbków :)


Miękkość zabawki jest sprawą dość zabawną, bo przy otworzeniu paczki trochę się przestraszyłam nie ze względu na jej twardość, ale duże naprężenie przez co miałam obawy, że Abi napotka trudności z jej uchwyceniem. Przy zganianiu trzeba użyć trochę siły (więc nie należy ona mięciutkich ,,ala’’ szarpaczków), a po puszczeniu momentalnie powraca do wcześniejszego stanu, toteż wszelkie odgniecenia nie mają prawa zaistnieć :) Jak widać liczba obaw przyrastała w tempie jednostajnie przyśpieszonym i równała się liczbie ochów i achów, a jak było w części praktycznej? :D


Abi od początku była zachwycona nową zdobyczą i na widok mopokuli miała iskierki w oczach, dosłownie :D Sprawdzałyśmy ją w czterech dziedzinach: jako bezpieczną zabawkę do domu, piłę do miotania na dworze, nagrodę na treningach co równoznacznie łączyło się z dużą ilością szarpania oraz jako zabawkę do memlania.

Pierwsza próba wypadła najbardziej pozytywnie i nie ma się co dziwić, bo takie jest jej pierwotne założenie :) Możemy bawić się bez obawy, że za chwilę rzucając rozbijemy telewizor, bo nawet jeśli w niego wycelujemy to piła delikatnie się odbije i o pęknięciu albo lekkim zarysowaniu nie mam mowy ;) Jest też bardzo lekka, dlatego ciężko zrzucić nią przedmioty i na tyle duża, że nie wpada pod kanapę czy pułki (jak mają to w zwyczaju inne piłeczki), a tym samym oszczędzamy nasz kręgosłup oraz uszy – sami wiecie, że zablokowana zabawka i nakręcony pies równa się z głośnym i donośnym lamentowaniem ;)

Przy drugiej dziedzinie wszystko byłoby super gdyby nie ekstra szybkie brudzenie się ;) Wystarczy trochę wody i ziemi, żeby nasza kolorowa piłka wyglądała jak po ciężkich przejściach, dlatego co drugi/trzeci spacer (w zależności od pogody) poddaje ją względnemu czyszczeniu. Wystarczy mydło, gąbka i bieżąca woda – kąpiel jest mega szybka, ale schnięcie zajmuję już chwile czasu :P Dzięki rączce lata daleko, lekko się odbija, czasami ucieka przed paszczą, co wzmacnia chęć pogodni, a ze względu na rozmiar i kolory jest od razu namierzana i schwytywana :D


Z kolei trzeci sposób użytkowania niesie za sobą pewne minusy. Przy szarpaniu wspomniana wcześniej krótka rączką jest trochę nieporęczna, a chcąc chwycić za piłkę mam duże obawy, że skończę z amputowanymi palcami ;) Dodatkowo z jednej strony uchwytu rozpruł się nam trochę materiał i nie wiem czy trafiłyśmy na felerny egzemplarz (z drugiej strony wszystko jest w jak najlepszym porządku) czy takie obrażenia występują powszechnie. Przy nagradzaniu rzucając w stronę psa piła zwyczajnie odbija się od rozdziawionej paszczy za względu na jej rozmiary – niektóre psy może to zniechęcać, a inne nakręcać (u nas występuję drugi objaw :D). Próbowałam też nagradzać trzymając za rączkę, ale pies również chybuje, bo piłka jest mocno naprężona i cieka przed ząbkami. Dopiero kiedy Abi docisnęła ją do mojej nogi i przestała się ruszać (całe spodnie w ślinie…) mogła spokojnie ją chwycić. Dlatego zazwyczaj rzucałam ją na ziemię, a wtedy nie było problemu z pobraniem, bo dociśnięta do ziemi przestała się miotać na wszystkie strony ;)

A dochodząc do czwartej próby jestem jak najbardziej na tak :D Abi rzadko kiedy lubi memlać zabawki, bo zwyczajnie się jej to nudzi, a ta zajmuje ją naprawdę na długo. Myślę, że to ze względu na to, że cały czas chce wracać do poprzedniego stanu i przy memlaniu napiera na zęby psa, co jeszcze bardziej motywuje go do ponownego zatopienia w niej swoich ząbków :)


Biorąc pod uwagę wszystkie spostrzeżenia jestem jak najbardziej na tak :D Myślę, że to coś nowego, ciekawego i podobającego się dużej ilości spragnionych zabawy psów. Jedynie u zwierzaków o małych szczękach mogą wystąpić komplikacje z jej schwyceniem (szkoda, że wstępuje tylko w jednym rozmiarze). Koniecznie dajcie znać czy też posiadacie mopokulę! :D

piątek, 16 października 2015

Zawijanie w kocyk - jak nauczyć?

Zwana różnie czy to tortillą czy burrito - całkowita dowolność- ale sens nadal zachowany jest ten sam, ,,zmęczony'' piesek, zawija się w kocyk i idzie spać :) Zawsze wzbudza w oglądających czułe ,,oooh'', więc idąc drogą dedukcji można zaliczyć ją do tych atrakcyjnych wizualnie. Niby nic skomplikowanego, a jednak zawiera w sobie kilka haczyków. Zaczynamy!



Pierwsze co rzuca się w oczy to zsynchronizowanie przez psa dwóch czynności wykonywanych w tym samym czasie i to właśnie najcięższa bariera do przejścia. Żeby rozjaśnić nieco trick jak zwykle rozkładamy go na części pierwsze, a co za tym idzie każde z dwóch zachowań będziemy musieli wypracować osobno, a potem z kolei je połączyć. Podsumowując trochę pracy przed nami :D

1. Zaczynamy od turlania. Wiem, że w Internetach, aż roi się od tutoriali na ten temat, ale ja także dorzucę swoje trzy grosze :) Cała sztuka polega na odpowiednim posługiwaniu się naszą dłonią i zawartym w niej smakołyku. Na początku zbliżamy ją do pyszczka, a potem powoli przesuwamy w stronę psa tak by chcąc zdobyć smakołyk stopniowo kładł się. Nagradzamy oczywiście za każdy najmniejszy krok, a gdy pies znajdzie się już dostatecznie blisko ziemi (tak by mógł przerzucić resztę swojego ciałka na drugą stronę) przekładamy dłoń nad jego pyszczek, co równa się z tym, że obróci się na plecy. Koleinie szybszym ruchem (pozycja do góry brzuchem nie jest dla niego zbyt komfortowa) prowadzimy pyszczek psa na dół, żeby swobodnie się przeturlał :) Żadnego popychania, przytrzymywania, wywracania - wszystko na spokojnie, żeby pies mógł się zrelaksować. Wtedy pójdzie już z górki :)


2. Koleinie dochodzi nam trzymanie przedmiotów. Na początek nie wybieramy kocyka, a zabawkę czy cokolwiek zbliżonego fakturą i lubianego przez psa :D Na pewno zauważyliście, że kocyk to więcej zamieszania (pies oprócz trzymania końca musi mocno się odepchnąć, żeby pociągnąć materiał i przy okazji nie zaplątać sobie o niego łap), dlatego do samej nauki synchronizowania turlania i trzymania lepsza jest zabawka :)
Początkowo nagradzamy za każde dotknięcie, potem podjęcie i trzymanie - najpierw sekundkę potem dwie, trzy. Jednak większość psów tak lubi swoje gadżety, że nie będzie tu większych problemów z trzymaniem ich w pyszczku, co ułatwi sprawę, bo wiele z nich gdy w grę wchodzą niezabawkowe rzeczy ma z tym problem.

3. Kiedy turlania i chwilowe trzymanie zabawki mamy już opanowane, pora to połączyć. Tak jak wspomniałam będzie to prostsze niż z kocykiem, i pozwoli psu zrozumieć w czym rzecz polega. Przed sesją możemy się chwilę poszarpać, żeby bardziej zmotywować psa i uniknąć wypluwania zabawki. Potem kładziemy go i zaczynamy pierwszą komendę ,,trzymaj'' (możemy delikatnie się poszarpać), dokładamy drugą ,,obrót'' i włala :D


4. Teraz dopiero nadchodzi pora na kocyk. Przy pierwszych próbach polecam zrolować koniec, żeby utworzyć z niego coś zbliżonego kształtem do zabawki i prostszego do chwycenia, a przy okazji zmieszamy ryzyko zaplątania się psa w wolny koniec, co może na początku skutecznie go odstraszyć :)

5. Następnie stopniowo rozwijamy zrolowany koniec, do chwili aż pies będzie zawijał się chwytając za luźny kocyk, który mu podamy. Na początku podnosimy go wysoko, a potem coraz niżej tak by przyzwyczaić psa do przyszłego podejmowania go samodzielnie z ziemi :)

Jak widzicie połączenie dwóch czynności bywa trochę zagmatwane, ale wszystko da się zrobić :) Kocyk rzecz jasna dobieramy wielkościowo do psa - razem z Abi polecamy te mięciutkie i przyjemne dla psich ząbków i mamy nadzieję, że teraz ilość psich tortilli wzrośnie :D Koniecznie pochwalcie się efektami!

PS: Oczywiście to tylko moja propozycja na nauczenie tej sztuczki. Trzeba brać pod uwagę, ze każdy pies jest inny i do każdego podchodźmy indywidualnie :)



piątek, 9 października 2015

,,Do mnie!'' - rozwód nad felernym przywołaniem.

Uwaga!  Pierwszy tasiemiec na blogu - czułam dużą potrzebę wygadania się :)

 Jak zapewne wiecie z powyższym tematem zmagałyśmy się bardzo długi czas, przez moje zaniechania w czasach młodocianych toteż Abi używała sobie, a używała ;) Odkręcić potem to wszystko i przywrócić móżdżek na właściwy tor myślenia było bardzo (ale to bardzo) ciężko, dlatego pomyślałam, że opiszę sposoby, które się u nas sprawdziły i te które okazały się totalnymi bublami. A nóż przyda się to osobą zmagającym się z tym niełatwym problemem :)


W naszym przypadku przyczyniły się do tego dwie rzeczy – moja niewiedza (plus brak doświadczenia) oraz silny instynkt Abi. Nie da się ukryć, że to mieszanka wybuchowa i nic pozytywnego nie mogło z tego wyniknąć ;) Oczywiście na początku kiedy szczeniaczek chce być jak najbliżej mamusi nie widziałam żadnego problemu (ba, wręcz się cieszyłam, jaki grzeczny trafił mi się piesek) i jakiekolwiek ćwiczenia przywołania porzuciłam w kąt. Jednak kiedy nadszedł etap dojrzewania, emocje wzięły górę i zaczęło się! Kompletnie nie wiedziałam jak ogarnąć nie radzącego sobie z własnymi emocjami psa, mającego wszystko w swoim zadku do tego kompletnie nie reagującego na przywołanie, z silnym instynktem pogoni, który zwiewał gdy tylko nadarzyła się okazja. Coś tam próbowałam wyczytać z Internetu, wprowadzić smakołyki, zabawki, ale dalej się miotałam bez ściśle sprecyzowanego planu, kiedy czas płynął i Abi rozkręcała się coraz bardziej. Sfrustrowana, że nic nie działa, widząc inne grzeczne pieski, kiedy mój ,,imprezował’’ na całego, przypięłam smycz i tak szarpałyśmy się dobry rok. Przy okazji przewinął się jeszcze ,,super’’ trener, kiedy kompletnie nie wiedziałam co robić (pisałam o tym o TU) i zrujnował wszystkie podstawy, które sobie powoli wypracowywałyśmy, a po podziękowaniu Panu, pozostałam na lodzie sama (o zapomniałabym - jeszcze z miotającą się Abi!).


Wtedy to właśnie zaczęła się długa droga kiedy uczyłam się jak ta cała praca z psem powinna wyglądać, odkryłam kliker, zaczęłyśmy dłubać coś w sztuczkach, potem doszło obi i powoli , powolutku wracałyśmy na właściwe tory :)

Przede wszystkim powinniśmy zacząć od siebie i całkowicie wyczyścić umysł z wszystkich niemiłych sytuacji, które wydarzyły się wcześniej. Chyba z tym miałam największy problem - cały czas byłam zestresowana, bo już widziałam jak Abi chcąc się przywitać staranuje nadchodzącego psa, wyczuwając zapach pobiegnie w siną dal albo zwieje do osoby na horyzoncie i nie będzie dała się przywołać – jednym słowem cały czas miałam w głowie to co Abi nawyczyniała wcześniej. Do tego widziałam różnicę, kiedy powierzyłam ją w ręce kogoś innego na spacerze, sama się przyglądając i wtedy zachowywała się całkiem przyzwoicie (na pewno nie tak jak przy zestresowanej mnie). Dlatego najpierw wyzerowałam swój umysł do zera i zaczęłyśmy wszystko od początku :)

Plan działania to coś co powinien stworzyć sobie każdy :D Rozpisać co chcemy osiągnąć w danym miesiącu, a potem zrobić raport co udało się wypracować, a co dalej nie wychodzi. Idealnie byłoby robić krótką notatkę pod koniec każdego dnia, ale takie miesięczne sprawozdanie też bardzo dużo daje :)

Dodatkowo zastanowiłam się w czym tkwi problem – przedtem chciałam go rozwiązać, a tak naprawdę nie wiedziałam skąd się wziął i co go nasila ;) Tak jak pisałam wcześniej głównym sprawcą była moja niewiedza, ale z czasem zauważyłam, że na nasze problemy z zachowaniem nie składa się tylko uciekanie, czynników jest o wiele więcej. Przede wszystkim nie radzenie sobie Abi z własnymi emocjami, brak samokontroli, skupiania na sobie, złe witanie cię z innymi psimi kolegami, brak rozwijania łepetynki, brak motywacji, złe nagradzanie, monotonność mojego głosu i brak radości w pracy, niewłaściwa ilość i złe rozdzielanie pokarmu, zła socjalizacja czy brak oparcia we mnie. I tak naprawdę, żeby poradzić sobie z uciekaniem musiałam rozwiązać również wszystkie wymienione wcześniej problemy - czyli kupa pracy przed nami!


Chyba jedyną rzeczą, która od zawsze wyglądała dobrze była ilość dostarczanego ruchu :D Albo codziennie wybierzemy się na spacer albo nici z pracy. Czas i intensywność oczywiście zależy od psa – w naszym przypadku to było dużo, bardzo dużo :P Dodatkowo codziennie zmieniałam nasze szlaki spacerowe, zaczęłam włączać w nie rower, pływanie, bieganie (to akurat sporadycznie, nie jestem do tego stworzona :P) czy uatrakcyjniałam spacery w różne zabawy typu wchodzenie na kamienie, wyjadanie smakołyków z trawy itd.

Po tym wszystkim uznałam, że dobrze byłoby oprócz wybiegania psa (Abi była dużo bardziej spokojniejsza) zacząć robić z nim coś więcej. I tak zakupiłyśmy kliker, zaczęłyśmy sztuczkować, wdrążyłyśmy się w obi, potem rozbudowałyśmy nasz tor i spróbowałyśmy frisbee. Jednym słowem nie było czasu na nudę, a ja wkręcając się w to coraz bardziej spędzałam godziny wyczytując nowe rzeczy i wyłapując ćwiczenia z filmików :)
Moim zdaniem nie można skupić się tylko na przywołaniu i trzeba robić z psem coś więcej. Nawet przez zwykłe sztuczki wdrążamy psa w tryb pracy, pokazujemy mu na czym rzecz polega, wzmacniamy więź i poszerzamy wspólne horyzonty, a do tego dla psa praca z nami nie będzie oznaczać  tylko nudnego wałkowania przywołania, tylko coś o wiele fajniejszego :D

Zmieniłam także nagradzanie – zakupiłam cały kosz zabawek, żwacze i upichciłam super smakowite ciacha. Bo za co pies chętniej do nas przybiegnie – za jedną nudną piłkę, czy kilka super ukochanym zabaweczek? Wiadomo, że to drugie i u nas zaskakiwanie psa w nagradzaniu to był mega krok do przodu. W późniejszym czasie zmniejszyłam również porcję jedzeniową (Abi była przejedzona i do tego  miała kilka kg nadwagi), a potem spaliłam częściowo miskę i nastąpił prawdziwy przełom! Motywacja level high!

Kolejnym krokiem w przód były ćwiczenia na motywacje (przeróżne możecie znaleźć na youtubie) zarówno te na jedzenie jak i zabawki. Praca ze zmotywowaną Abi to było jak niebo, a ziemia i wreszcie mogłam ćwiczyć bez obawy, że uzna zapaszki za coś fajniejszego niż moja osoba ;)

Jednak w ciągu dalszym szarpałyśmy się na smyczy tudzież lince (nie miałam odwagi jej spuścić) i wałkowałyśmy przywołanie, ale dalej to nie było to. Do tego przy innych psach Abi całkowicie traciła mózg :/ I tutaj wprowadziłyśmy samokontrole w różnych postaciach czy to smakołyczki przed nosem, czy na zabawki i wałkowałyśmy to w szczególności przy innych psach. Przy przywitaniu zawracałyśmy przez 20 minut, aż spokojnie podeszła do kolegi, a przed całkowitym szaleństwem chwila popatrzenia na mnie – i to był przełom! Aktualnie Abi  gdy widzi innego psa często, podchodzi do mnie i patrzy się na mnie, tak mocno to się w niej utrwaliło :) Tym samym dużo łatwiej jest ogarnąć skupionego na nas psa niż tego w amoku emocji. To samo wprowadziłam przy zwykłym spuszczaniu ze smyczy – chwila zerknięcia na mnie (najpierw smakołyk koło oczu i klikałam za każde popatrzenie, potem wprowadziłam komendę ,,popatrz’’ i przekładałam smakołyk coraz bardziej w dół, tak żeby pies nie patrzył się na niego tylko na mnie, przy dużej ekscytacji na spacerach, stawałam i czekałam, a w trudnych warunkach pomagałam naprowadzając smakiem) i dopiero potem hulaj dusz, piekła nie ma.

Dodatkowo klikałam jej własne imię, czyli Abi, klik, smakołyk :) Zauważyłam, że przy wołaniu psa lub wydawaniu komendy (typu wcześniejszego ,,popatrz’’) najpierw wypowiadam jej imię. Tym samym przy dobrym utrwaleniu i skojarzeniu z nagrodą, dużo łatwiej osiągnę jej uwagę niż wydając jedną, nudną komendę (często kojarzącą się z treningiem i nerwowymi sytuacjami) i to był strzał w dziesiątkę :D Imię – móżdżek wracał na właściwe tory  – właściwa komenda – i skupienie. Przy dłuższym stosowaniu gdy wypowiadałam jej imię, aż cała się zrywała i już chciała dostać smaka, dlatego dużo łatwiej było mi zwrócić jej uwagę przy innym psie :)

Dużo dało nam też obedience, które kochamy całym serduchem. Tam cały czas nagradzamy psa za skupienie na nas, dlatego później było mi łatwiej ogarnąć jej ekscytacje, bo miała wpojone, ze tylko za skupienie dostanie nagrodę :) A do tego niby zwykłe podążanie za nami albo chodzenie przy nodze – idealne na przedłużenie kontaktu z nami w trudnych sytuacjach :D Wszyscy, którzy nas znają potwierdzą, że Abi na spacerze co chwilę dokleja mi się do nogi i uwielbia to ćwiczenie – myślę, że to przez wałkowanie go w młodzieńczych latach, kiedy było jedyną ostoją przy burzy emocji :)

Tryb ,,on’’ i ,,off’’ również pozwolił suni się ustabilizować, czyli czas na spanko  i czas na pracę, nigdy 24h na wysokich obrotach ;)


Potem gdy widziałam, że sunia oprócz tysiąca różnych rzeczy znalazła równie czas na mnie, zaczęłam powoli odpinać smycz. Bez katastrof się nie odbyło - szczególnie kiedy zbliżała się cieczka, wtedy cofałyśmy się o etap do tyłu, ale widziałam  duży postęp. Na spacerach chowałam się jej za drzewami, uciekałam w drugą stronę, zawsze wołałam radośnie, obficie i kreatywnie nagradzałam i móżdżek zaczął powracać :) Oczywiście zdarzały się dni kiedy miała mnie totalnie w czterech literach, wtedy od razu zapinałam ją na smycz, wracałyśmy do domu i nikt nie odzywał się do niej przez cały dzień (w któreś książce wyczytałam, że wtedy pies czuje się wycofany ze stada i widząc jakie zachowanie to sprawia będzie go unikał).

Jeszcze trzy lata temu Abi wcale nie była takim kochanym pieskiem, bo około dwóch lat zajęło mi sprowadzenie jej na właściwe tory ;) Bywały chwile kiedy miałam totalną załamkę, wszystko szlag trafiał, miałam dość i najchętniej oddałabym ją przechodniowi albo zamknęłabym w pokoju i nie widziała przez najbliższy tydzień. W życiu nie marzyłam, że będę mieć psa, z którym istniej takie słowo jak praca czy podróże, gdzie będę mogła cieszyć się hasającym i szczęśliwym (może dlatego tak nie lubią chodzić z psem na smyczy, zawsze nerwica mnie na wszystko bierze) psiurem bez względu na to czy to wyjazd w pobliskie góry, na drugi kraniec Polski czy za granicę ;) Myślę, że nie ma tutaj złotego środka, bo każdego psa trzeba traktować indywidualnie i powody ucieczek są różnorodne. U nas  minęły już dobre dwa lata odkąd pokonałyśmy ten problem (chociaż zając i sarna to i tak najwięksi wrogowie!) i trzymam kciukasy za wszystkich, którzy się z nim zmagają :) Dacię radę, na pewno!


piątek, 2 października 2015

Chuckit! Bumper - zielony patyk do wodnych swawoli

Wedle tradycji, co roku kilka nowości wpada do naszej kolekcji zabaw-dowodnych  i w te wakacje oprócz Water Skimmera (o którym możecie poczytać o tutaj), zawitał także i Bumper. Co prawda ten drugi okazał trochę spóźniony  i nie korzystaliśmy z niego pełną parą, ale co nie co możemy już powiedzieć :D Zaczynamy!

 

 Jeśli chodzi o wykonanie -jak zwykle to bywa z zabawkami Chuckit! -nie mam się do czego przyczepić. Materiał jest lekko szorstki (jeśli posiadacie bumeranga, skimmera czy chociażby squirrela to to jest właśnie to :D), ale przy tym przyjemny dla psich ząbków – memlanie jak najbardziej wchodzi w grę! Do tego gumowe końce z lekkimi rowkami, nie za twarde ani za miękkie, po prostu w sam raz. Zakończenia są ładnie połączone z materiałem, nic nie odstaje, oznak odrywania się czy odkleajania również brak. Na samym końcu sznurek, który zdecydowanie zwiększa właściwości lotne zabawki (rzucając za niego Bumper leci znacznie dalej – kłaniają się prawa fizyki ^^), a przy tym nie rozwarstwi się czy rozplątuje :)


Do wyboru mamy dwa zestawy kolorystyczne – niebiesko zielony i niebiesko pomarańczowy i dwa rozmiary (nasz to M), a wszystkie wymiary zielonego patyczka zilustrowane są na filmiku :D


W naszym przypadku pełni zarówno rolę przyjaciela do wodnych swawoli jak i daleko latającego aportu czy zabawki do szarpania :)

W pierwszym przypadku sprawdza się idealnie, bo do tego  w końcu został stworzony. Zarówno ze względu na kolory jak i zdolności wyporu Abi od razu go namierzała, nie miała też problemów ze złapaniem, bo Bumper ma świetne właściwości unoszenia się na tafli H2O i sytuacja gdy zanurza się pod wodę nie ma prawa zaistnieć :) Do tego jest długi i na tyle szeroki, że problemów z ,,uciekaniem’’ przed psią paszczą brak, a sznurek na tyle krótki, że nie pląta się w psie łapy :) Do tego w kontakcie z wodą, stosunkowo sztywny materiał staje się miększy, co dla nas jest plusem – Abi uwielbia zatapiać w nim swoje spragnione memlania ząbki :D


Przy drugiej kategorii pojawiają się jedynie problemy z zabrudzeniami. Polecam od razu się ich pozbyć (schodzą bardzo łatwo, wystarczy potrzeć szczoteczką pod bieżącą wodą), bo przy długim czasie babrania jej i zostawiania na własną rękę, błotko wchodzi w szczeliny materiału i ciężko potem doprowadzić go do stanu czystości. Poza tym wszystko jest cacy, a dodatkowo przez (wspomniany wcześniej) długi sznurek lata baardzo daleko :D


Z kolei trzeci wersja niesie za sobą pewne ryzyko w zależności jak mocne szczęki ma nasz pies. Osobiście nie wyobrażam sobie zabawy bez szarpania (Abi z resztą też) dlatego wszystkie nasze zabawki podlegają tej próbie i niestety zaobserwowałam już pierwsze zniszczenia. Destrukcja zachodzi na taj samej zasadzie co w Water Skimmerze – materiał nie pruje się czy pęka, ale przy mocniejszym gryzieniu i wbijaniu ząbków w ,,coś’’ znajdującego się w środku, rozciąga się i potem nie powraca do stanu ,,nówki sztuki’’ ale zostaje lekko zmarszczony i ponaciągany. Mi osobiście to nie przeszkadza, bo zabawka cały czas pozostaje zabawką, jedynie – z biegiem czasu- nie wygląda już tak pięknie, co kto lubi ;)


Jeśli chodzi o punkt dość kontrowersyjny, a mianowicie ceny tych ,,dziwacznych'' zabawek, to Bumper leży gdzieś pośrodku, a kwota waha się w zależności od rozmiaru. Jeśli mamy towarzysza, który nie cacka się z oszczędnym traktowaniem aportów to myślę, że lepiej dołożyć, niż po x raz któryś zawracać sobie głowę z wymienianiem zniszczonego modelu :)

Aktualnie wertuję strony i bije się z myślami co by tu wybrać na kolejny sezon pływacki :D Na pewno powiększymy pływacką kolekcję, nie może przecież wiać nudą! Jestem ciekawa co sądzicie o bohaterze dzisiejszego wpisu - może ktoś z Was już go posiada albo polecacie jakieś inne wodne bestsellery? :D

piątek, 25 września 2015

Zakupów czas!

Nic nie poradzę, że w czasie nudy wakacyjnej najlepszym zajęciem było przeglądanie sklepów do późnej nocy, a co za tym idzie kolejnych paczuszek przybywającym w tempie jednostajnym w nasze progi :) A propos jeśli ktoś ma zagwozdkę jak można na psa tyle wydawać to polecam poprzedni wpis – po nim wszystko stanie się jasne :D


1. Kingsmoor – kolejna paka żarełka tym razem z jagnięciną :) Recenzję wersji z kurczakiem i porównanie jej z dwoma innymi karmami możecie przeczytać o TUTAJ :)

2. RAUKI Orrma – przyznam, że miałam kupić coś całkiem innego, ale gdy zobaczyłam tego olbrzyma - 44cm samego gryzaka, plus rączki to 75cm zabawki (rozmiar M dla ciekawskich) – zdrowy rozsądek poszedł w odstawkę i nie żałuję, co to to nie!

3. Chuckit! Indoor Shaker – duża piła przypominająca trochę obszytą mopem kulę ;) Ma służyć do zabawy w domu, ale my korzystamy z niej wszędzie. Na zdjęciach wyglądała na miękką i luźną, a w rzeczywistości jest całkiem odwrotnie :P Póki co zaliczamy to TOP 10!

4. Chuckit! Bumper – czyli coś by zakończyć z rozmachem sezon pływacki, a widząc wesołe pieski biegające z zielonym ,,patykiem'' po prostu dodałam do koszyka i tymże sposobem mamy wspaniałą nowości do wodnych swawoli :)

5. Chuckit! Paraflight – największa gwiazda Chuckitowego zamówienia i w sumie jestem trochę rozczarowana. Moim zdaniem nie warta tak dużych pieniędzy, ale potestujemy i zobaczymy – może zmienię zdanie, kto wie :)

6. AniFlexi Fit – suplement na stawy od Game Dog, cudo cudów – więcej możecie poczytać o TUTAJ (nie obyło się bez recenzji :)

Game Dog Omega-3 – czyli miła niespodzianka od producenta, na zimową zmianę futerka jak znalazł :)

7. Pachołki – różowiutkie i z obciążonym dołem (wiatr nie ma z nimi szans) - specjalnie by dopełniły całości i pokazały, który kolor ma moc!

8. Taśma do kwadratu (+śledzie) – również różowa, cóż za niespodzianka :D To zdecydowanie wystarczy mi do pełni szczęścia.

9. Target – a tutaj akurat nie chciałam przesadzać i zamiast kolegi w najlepszym kolorze świata, wzięłam stonowany niebieski :) A terget jak target, nie ma się co rozpisywać :P

10. Kiltix – o to jeszcze łup wiosenny, kleszcze a kysz!

11. Szelki i adresówka Furkidz – haha znowu róż w pełni :D Do tego jeszcze serduszka i każdy przechodzień zwraca na nie uwagę. A adresówka w ramach zabezpieczenia rzecz jasna :)

12. Saszetka – jestem w niej zakochana. Takie cudo możecie zmówić o tutaj. Polecam bardzo, bardzo – wszystko pięknie wykonane i do tego niecodzienne wzory - jest w czym wybierać :)

13. Tubka z Rossmana, butelka podróżna i kilker – dwa pierwsze w ramach tego, że wszyscy mają, a ostatni w ramach tego, że po raz x któryś zgubiłam poprzedni ;)


Obikowy piesek Was pozdrawia i zaczyna plan jesiennych treningów, no i dziękuję matce za te wszystkie nowiutkie rzeczy :)
Życzymy owocnego weekendu i widzimy się za równiutki tydzień! :D 


piątek, 18 września 2015

,,Twój pies ma lepiej niż niejeden człowiek''

Te słowa słyszę z równoznaczną częstotliwością co ,,Ten pies ma za dobrze’’, ,,Ile można wydawać na psa’’ tudzież ,,ona ma więcej zabawek niż dziecko’’ - ostatni argument mogę jeszcze zrozumieć, razem z Abi mamy małego hopla na punkcie zabaweczek, ale mimo tego irytujące jest podejście ludzi, którzy za pasję uważają wyłącznie kopanie piłki po boisku, brzdąkanie na gitarze czy występy artystyczne. Z jednej strony szerzy się, żeby rozwijać wszelkie talenty i nie ograniczać do postawionych przez ludzi wytycznych, ale z drugiej każda próba wybicia się z tych ograniczeń wiąże się z nieporozumieniem. Dopiero kiedy coś się osiągnie ludzie zaczynając uważać ,,Oo też tak chce! To jest fajne”. I zauważyłam, że między naszą psią pasją, a ,,zwykłymi’’ ludźmi także zgrzyta, czasami aż zanadto. Dlaczego? Oto właśnie jest pytanie! :D


Ogólnie wyznaję zasadę, że tylko wariaci są coś warci i mało interesują mnie wścibskie komentarze od osób, które swoje życie spędzają w Internecie albo przed telewizorem ;) Takie ,,coś’’ to dla mnie kompletna żenada, ale niestety owe jednostki przelatują nielicznie przez moje życie. W przeciwieństwie do nich uważam, że tylko ludzie z pasją, którzy mogą przegadać godziny na dany temat są naprawdę szczęśliwi i od razu czuć od nich inną energię. Osobiście nie wyobrażam sobie życia bez psów, bo to dzięki nim odrywam się od problemów, stresu czy nadmiaru rzeczy na głowie. Cały czas staram się rozwijać w tym kierunku i zamiast zamartwiać się, że nie poszło mi na egzaminie, układam sobie w głowie co dzisiaj porobię z Abi, co naskrobię na blogu, co trzeba byłoby jeszcze udoskonalić. Pasja to jest coś co pomaga brnąć do przodu, coś co cały czas siedzi z tyłu głowy co nawet w najgorszym dniu życia czyni nas szczęśliwym, bo po prostu się to kocha. Dlatego, jeśli nigdy nie miało się czegoś bez czego nie wyobrażamy sobie dnia, co jest w jakimś sposób naszym uzależnieniem nigdy nie zrozumiemy jak to jest być zakręconym pasjonatom :)


A jak to jest z nami? Czy to naprawdę takie dziwne, że uważamy psa za członka rodziny? Zauważyłam, że gdy piesek jest grzeczny, umie sztuczki i nie taranuje dzieci, wszyscy są zachwyceni, ale gdy dowiedzą się jak ciężką drogą się do tego doszło i zobaczą zbiory zabawek, książek, klikerów czy piłek gimnastycznych to dla nich coś totalnie abstrakcyjnego.
Ponoć nasze psy mają lepiej niż ludzie. Dla mnie to inne psy mają za źle i są traktowane jak przedmioty. Do tego każdy z nas ma inne życie. Powinnam przywiązać swojego psa do budy, tylko dlatego, że na świecie są ludzie, którym się nie wiedzie? Myślę, że nie zmieniłoby to wiele, wręcz jestem pewna, że nie zmieniłoby nic, dlatego gdy ktoś mówi mi, że mój pies ma za dobrze mam ochotę zadać mu sierpowego w nos :) Następstwem każdego hobby jest to, że chce się je jak najbardziej rozwiać i potrafi wydać się na nie ostatnie pieniądze. Zapalony fotograf kupi sobie nowy obiektyw, muzyk wszelkie rodzaje gitar, piosenkarz zainwestuje w studio, a potocznie zwany psiarz w dajmy na to tor agility. Biznesmen pojedzie na szkolenie, artysta na kółko malarskie, a my z psem na seminarium, normalne. Dlatego gdy pada drugi tekst, o tym, jak można na psa tyle wydawać albo że ma zbyt dużo rzeczy znowu napada mnie ochota, żeby wygarnąć to i owo ^^ Każdy kto ma pasję jest na swój sposób zakręcony, bo to jest coś o czym można przegadać trzy noce z rzędy, a tematy do rozmowy nie kończą się nigdy :) Coś za czym potrafi przejechać się kilometry, nawet jeśli chodzi o zwykły spacer albo rezygnować z innym przyjemności dla miana wymienionego wcześniej konika. Dlatego radziłabym pomyśleć jak wiele pracy i zaangażowania wkładają osoby w swoje zainteresowania, zanim podrzuci się im żartobliwy tekst i powróci do swojego przeciętnego życia.

Dla mnie relacja ze zwierzęciem to coś naprawdę szczególnego. To nie to samo co rozmowa ze człowiekiem, bo z nimi porozumiewamy się bez słów. I tak naprawdę jeśli ktoś nie dozna tej magicznej relacji z psem (polegającej na czymś więcej niż wsypania karmy do miski) nigdy nie zrozumie jak to jest mieć w nim najlepszego przyjaciela. 


Takie terany spacerowe tylko u nas :D Ktoś chętny na wycieczkę?

piątek, 11 września 2015

Moja osobista mistrzyni sztuczek - filmik wakacyjny!

Bez zbędnego rozgadywania się, zapraszam do wizualnego streszczenia naszych wakacji, które w tym sezonie były iście sztuczkowe :D

PS: W HD przyjemniej się ogląda! Dajcie znać czy filmik przypadł w Wasze gusta - spędziłam nad nim dobry tydzień montując wszystko na ostatni guzik :) Oby praca nie poszła w las :D


Widzimy się za tydzień, już zacieram ręce do pisania nowego, świeżutkiego postu :) Trzymajcie się!

piątek, 4 września 2015

Pojedynek karm - Purizon vs Husse vs Kingsmoor!

Raczej nie przepadam za recenzjami karm (chyba że chodzi o coś świetnego jakościowo i wartego uwagi) czy przysmaków, ale pomyślałam, że porównanie ze sobą paru dobrych pozycji  i zobaczenie jak działają na psa może nie być najgorszym pomysłem ;) Przez nasze ręce przebrnęła już masa jedzonek od Arionu, Josery, Orjenu (świetny! Abi bardzo długo go wcinała),Test of the Wild, Royala (nie polecam) czy Lupo Natural (bardzo dobra, z pięknym składem – szkoda, że tak mało znana), aż po wymienionych w tytule bohaterów :D Bez zbędnej gadaniny - pojedynek czas zacząć!


Purizon 
Wedle mojej historii zamówień zaczęłam go zamawiać od 20 maja 2014 roku i za 13,5 kg (kurczak z rybą) płaciłam wtedy 159 zł. Niestety wraz z większą popularnością w sierpniu karma zdrożała już do 199 zł - czyli 40 zł różnicy, niestety :/ Moje szpiegowskie dane wskazują, że Abi wsunęła 4x13,5 kg tej oto karmy oraz kilka próbek, które zamówiłam na początku, żeby zdecydować, który smak bardziej jej odpowiada. Całkowicie rybny odpadł na samym początku i sunia kręciła nosem nad miską, ale za to kurczak z rybą chwycił ją za serce :D Dodatkowo możemy spróbować także jagnięciny z łososiem, wołowiny z indykiem czy dziczyzny z królikiem, ale ceny są wtedy znacznie wyższe.

Skład naszej wersji smakowej (ryba i kurczak):
17% mięsa z kurczaka bez kości, 17% suszone mięso drobiowe, suszone bataty, suszone ziemniaki, 7% suszonych jajek, 7% łososia bez kości, 5,5% suszonego śledzia, 5% suszonego mięsa kaczki, groszek, 3% tłuszczu drobiowego, 3% hydrolizatu kurczaka 3% z suszonego łososia, lucerna, 2% świeże mięso kaczki bez kości, skrobia z grochu, białko grochu, białko ziemniaczane, minerały, witaminy, 0,5% oleju łososia, nasiona babki śródziemnomorskiej, jabłka, marchew, szpinak, fruktooligosacharydy (FOS), algi morskie, rumianek, mięta, anyż kozieradka, nagietek, suszone zioła (tymianek, majeranek, oregano, pietruszka, szałwia), żurawina.

Jak widać gołym okiem jest piękny i w bardzo mnie zadowala, a w tym mamy bardzo dużo białka – 41% oraz 17% tłuszczu surowego.

Suwaczek - zdecydowanie na plus :D
Granulki
Wielkość jest idealna! Są płaskie i dosyć twarde (tutaj uwaga na psy z problemami stomatologicznymi ), dlatego nie chrupią podczas gryzienia, ale jakby rozłamują się na części :)



Dawkowanie i wydajność
1 - 5 kg     30 - 100 g    
5 - 15 kg     100 - 225 g   
15 - 25 kg 225 - 330 g   
25 - 35 kg 330 - 425 g   
35 - 45 kg 425- 500 g   
45 - 55 kg 500 - 600 g   
55 kg + 600 g +  
Ja Abi podawałam około 350g, a karma starczała nam wtedy na ponad półtora miesiąca, czyli całkiem nieźle :)


Smakowitość i działanie
Myślę, że każdemu psu przypadnie do gustu inny smak dlatego polecam zamówić sobie na początek próbki :) U nas sama ryba nie przeszła, ale kurczak+rybka już jak najbardziej. Do tego karma ma miły dla psiego nochala odorek, a wedle zasady wszyscy co śmierdzi trzeba jak najszybciej pożreć!
Jeśli chodzi o działanie to przede wszystkim świetlista sierść nadal została utrzymana :D Abi miała dużo energii, jedzonko nie powodowała biegunek ani gazów, kupy też były ok :) Jej jedyną wadą w naszym przypadku było duże przybranie na wadze, mimo nie zmienionej dawki ruchu, a potem ciężko jest to kilka kilo zrzucić. Jak dla nas za dużo białka, dlatego skończyliśmy przygodę z Purizonem. Dla psów, które nie mają tendencji do tycia i zapewniono im sporą dawkę ruchu jak najbardziej polecamy :D


Husse
Czyli szwedzkie karmy na miarę. Przyznam, że skusiłam się promocją (za dwie paki 15 kg, mega wielkie legowisko gratis), z którą zaczepił mnie dystrybutor w galerii handlowej, a przy okazji świąteczna atmosfera i chęć prawienia prezentów dała się we znaki ;) Abi wcinała trzy paki – jedną o smaku kurczaka z ziemniakami i dwie hipoalergiczne z jagnięciną i ryżem. Cena jest niestety wysoka ok. 200 zł :/
Dystrybutorzy są przemili, bezproblemowo podają próbki, dowożą karmę do domu, a do tego pomagają w doborze rodzaju jedzonka do psa, bo jest tego faktycznie sporo :) Na ich stronie na facebooko możecie oglądnąć katalog i obaczyć co i jak :D


Skład
1.Kurczak (min.50%), ziemniaki, ryż, kukurydza, tłuszcz zwierzęcy, pulpa buraczana, siemię lniane, hydrolizowane białko kurczaka, olej z łososia, minerały, jabłka, pomidory, drożdże, fruktooligosacharydy, aksamitki, pestki winogron, ekstrakt z Yucca Schidigera.
W tym 26% białka i 16% tłuszczu.
2.Jagnięcina (min.30%), ryż, łosoś, tłuszcz zwierzęcy, wysłodki buraczane, siemię lniane, hydrolizowane białko kurczaka, olej z łososia, drożdże, sól, fruktooligosacharydy, lecytyna, wyciąg z aksamitki, algi morskie, ekstrakt z pestek winogron.

W tym 23% białka i 14% tłuszczu.

Granulki
Wielkość jest taka jaką lubię najbardziej, do tego kształt (czyli kwadratowe krokieciki) również jak znalazł :D Granulki są chrupiące, łatwo je psu rozłamać no i pożreć oczywiście :D

Dawkowanie i wydajność 
Kurcza&ziemniaki  
WAGA          2-10 kg     11-30 kg       30kg +
ILOŚĆ         20-14 g/kg 13,5- 11,5 g/kg 10,5 g/kg
Jegnięcina&ryż
WAGA   2 - 10 kg            11 - 30 kg    + 30 kg
 ILOŚĆ 20 - 13 g x kg 13 - 10 g x kg 10 - 9 g x kg

Nam starczyła na około 2 miesiące :)

Smakowitość i działanie 
Abi wcinała aż miło oba smaki i wszystko znikało w tri migach. Zapaszek nie był, aż tak intensywny co w Purizonie, ale też dawał się we znaki, za co Abi była dozgonnie wdzięczna :D
Dzięki Hussie Abi wreszcie wróciła do swojej poprzedniej wagi (którą zwiększył Purizon), a po osiągnięciu 29 kg utrzymywała się na stałym poziomie :) Zdecydowanie Husse dużo lepiej jej służył, miała mnóstwo energii, nie była już taka ospała, tłuszczyk zniknął i sylwetka uległa poprawie. Obyło się bez biegunek, gazów i innych nieprzyjemności, a kupki były ok :) Z pewnością jeszcze do niego wrócimy :D


Kingsmoor
Czyli odkrycie tego miesiąca za sprawą Janki i jej recenzji :D Możemy zakupić ją na stronie producenta o tutaj. Dostępne są różne wersje smakowe, ale ja zdecydowałam się na sprawdzonego już kurczaka :D Cena również nie za przyjemna dla naszego portfela, ale za taką jakość zdecydowanie warto :) Póki co Abi zjadła już jedno opakowanie i na pewno na nim nie spoczniemy ;)


Skład
kurczak, groch, ziemniaki, pulpa buraczana, siemię lniane, tłuszcz zwierzęcy (kurczak), ryby, olej rzepakowy, minerały, korzeń cykorii, jajka, drożdże piwne, marchew i wodorosty, owoc dzikiej róży, jabłko, lepczyca, jagody, rabarbar, kora brzozy, lucerna, pokrzywa, mniszek lekarski, korzeń rumianku, owoc głogu, jałowiec, orzech włoski i anyż

A do wyprodukowania 4 kg użyto:
3,6 kg kurczaka
0,6 kg ryby
4,1 kg roślin strączkowych
5,6 kg różnych warzyw, owoców i ziół

W tym 25% białka i 14,5 % tłuszczu. Skład jak dla mnie idealny! :D


Granulki
Niestety muszę Was uprzedzić, że w opakowaniu 12 kg granulki są bardzo duże. Aż sama się zaskoczyłam otwierając opakowanie, dlatego dla małych psów może to stanowić nie lada problem. Jednak producent informuje, że w opakowaniach 4 kg znajdują się mniejsze krokieciki, przystosowane dla tych psów :) Jeśli chodzi o konsystencje to są idealne, nie za miękkie ani twarde – po prostu w sam raz :)

Dawkowanie i wydajność
Małe rasy                                                                              
1 – 3 kg 25-60 g
4-6 kg 70-100 g
7-10 kg 110-145 g
11-15 kg 155-195 g
Duże rasy
1-5 kg 25-85 g
6-15 kg 100-195 g
16-25 kg 200-285 g
26-45 kg 290-440 g
46-70 kg 450-620 g

Półtora miesiąca zajadania :)

Smakowitość i działanie 
Przyznam od razu, że to najlepsza karma jaką dotychczas miałam – bije nawet Orijena. Abi wcina ją tak jak żadną inną, aż domaga się o dokładkę (co jeśli chodzi o karmy jest do niej niepodobne). Na spacerach ładnie na nią pracuje kiedy zabraknie smaków i miska jest wylizywana do dna (to też za sprawą AniFlexi Fit, o którym możecie przeczytać tu).
Działanie również na 5 z plusem :) Sunia ma ładną sylwetkę, mnóstwo energii, nie jest ospała ani rozdrażniona i na spacerach może biegać do upadłego. Sierść jest ślniąca i zdrowa, nie ma żadnych gazów, biegunek, wymiotów, kupy są dosyć duże. Waga stabilna, a co lepsze zrzuciła kilka kg, co niezmiernie mnie cieszy :D  Na pewno zakupię jeszcze inny smak, bo póki co nie mam do niej żadnych zarzutów – to był strzał w dziesiątkę :D


Myślę, że taka porównawcza recenzja daje więcej niż pojedyncze opisy karmy, ale boli mnie, że muszę tak długo czekać i zbierać materiały, żeby napisać owy post :P No nic, przyznam, że mam na oku kilka nowych faworytów i w najbliższym czasie będziemy zbierać bestsellery do kolejnego karmowego wpisu :)

Do zobaczenia za tydzień, trzymajcie się! :D