piątek, 9 października 2015

,,Do mnie!'' - rozwód nad felernym przywołaniem.

Uwaga!  Pierwszy tasiemiec na blogu - czułam dużą potrzebę wygadania się :)

 Jak zapewne wiecie z powyższym tematem zmagałyśmy się bardzo długi czas, przez moje zaniechania w czasach młodocianych toteż Abi używała sobie, a używała ;) Odkręcić potem to wszystko i przywrócić móżdżek na właściwy tor myślenia było bardzo (ale to bardzo) ciężko, dlatego pomyślałam, że opiszę sposoby, które się u nas sprawdziły i te które okazały się totalnymi bublami. A nóż przyda się to osobą zmagającym się z tym niełatwym problemem :)


W naszym przypadku przyczyniły się do tego dwie rzeczy – moja niewiedza (plus brak doświadczenia) oraz silny instynkt Abi. Nie da się ukryć, że to mieszanka wybuchowa i nic pozytywnego nie mogło z tego wyniknąć ;) Oczywiście na początku kiedy szczeniaczek chce być jak najbliżej mamusi nie widziałam żadnego problemu (ba, wręcz się cieszyłam, jaki grzeczny trafił mi się piesek) i jakiekolwiek ćwiczenia przywołania porzuciłam w kąt. Jednak kiedy nadszedł etap dojrzewania, emocje wzięły górę i zaczęło się! Kompletnie nie wiedziałam jak ogarnąć nie radzącego sobie z własnymi emocjami psa, mającego wszystko w swoim zadku do tego kompletnie nie reagującego na przywołanie, z silnym instynktem pogoni, który zwiewał gdy tylko nadarzyła się okazja. Coś tam próbowałam wyczytać z Internetu, wprowadzić smakołyki, zabawki, ale dalej się miotałam bez ściśle sprecyzowanego planu, kiedy czas płynął i Abi rozkręcała się coraz bardziej. Sfrustrowana, że nic nie działa, widząc inne grzeczne pieski, kiedy mój ,,imprezował’’ na całego, przypięłam smycz i tak szarpałyśmy się dobry rok. Przy okazji przewinął się jeszcze ,,super’’ trener, kiedy kompletnie nie wiedziałam co robić (pisałam o tym o TU) i zrujnował wszystkie podstawy, które sobie powoli wypracowywałyśmy, a po podziękowaniu Panu, pozostałam na lodzie sama (o zapomniałabym - jeszcze z miotającą się Abi!).


Wtedy to właśnie zaczęła się długa droga kiedy uczyłam się jak ta cała praca z psem powinna wyglądać, odkryłam kliker, zaczęłyśmy dłubać coś w sztuczkach, potem doszło obi i powoli , powolutku wracałyśmy na właściwe tory :)

Przede wszystkim powinniśmy zacząć od siebie i całkowicie wyczyścić umysł z wszystkich niemiłych sytuacji, które wydarzyły się wcześniej. Chyba z tym miałam największy problem - cały czas byłam zestresowana, bo już widziałam jak Abi chcąc się przywitać staranuje nadchodzącego psa, wyczuwając zapach pobiegnie w siną dal albo zwieje do osoby na horyzoncie i nie będzie dała się przywołać – jednym słowem cały czas miałam w głowie to co Abi nawyczyniała wcześniej. Do tego widziałam różnicę, kiedy powierzyłam ją w ręce kogoś innego na spacerze, sama się przyglądając i wtedy zachowywała się całkiem przyzwoicie (na pewno nie tak jak przy zestresowanej mnie). Dlatego najpierw wyzerowałam swój umysł do zera i zaczęłyśmy wszystko od początku :)

Plan działania to coś co powinien stworzyć sobie każdy :D Rozpisać co chcemy osiągnąć w danym miesiącu, a potem zrobić raport co udało się wypracować, a co dalej nie wychodzi. Idealnie byłoby robić krótką notatkę pod koniec każdego dnia, ale takie miesięczne sprawozdanie też bardzo dużo daje :)

Dodatkowo zastanowiłam się w czym tkwi problem – przedtem chciałam go rozwiązać, a tak naprawdę nie wiedziałam skąd się wziął i co go nasila ;) Tak jak pisałam wcześniej głównym sprawcą była moja niewiedza, ale z czasem zauważyłam, że na nasze problemy z zachowaniem nie składa się tylko uciekanie, czynników jest o wiele więcej. Przede wszystkim nie radzenie sobie Abi z własnymi emocjami, brak samokontroli, skupiania na sobie, złe witanie cię z innymi psimi kolegami, brak rozwijania łepetynki, brak motywacji, złe nagradzanie, monotonność mojego głosu i brak radości w pracy, niewłaściwa ilość i złe rozdzielanie pokarmu, zła socjalizacja czy brak oparcia we mnie. I tak naprawdę, żeby poradzić sobie z uciekaniem musiałam rozwiązać również wszystkie wymienione wcześniej problemy - czyli kupa pracy przed nami!


Chyba jedyną rzeczą, która od zawsze wyglądała dobrze była ilość dostarczanego ruchu :D Albo codziennie wybierzemy się na spacer albo nici z pracy. Czas i intensywność oczywiście zależy od psa – w naszym przypadku to było dużo, bardzo dużo :P Dodatkowo codziennie zmieniałam nasze szlaki spacerowe, zaczęłam włączać w nie rower, pływanie, bieganie (to akurat sporadycznie, nie jestem do tego stworzona :P) czy uatrakcyjniałam spacery w różne zabawy typu wchodzenie na kamienie, wyjadanie smakołyków z trawy itd.

Po tym wszystkim uznałam, że dobrze byłoby oprócz wybiegania psa (Abi była dużo bardziej spokojniejsza) zacząć robić z nim coś więcej. I tak zakupiłyśmy kliker, zaczęłyśmy sztuczkować, wdrążyłyśmy się w obi, potem rozbudowałyśmy nasz tor i spróbowałyśmy frisbee. Jednym słowem nie było czasu na nudę, a ja wkręcając się w to coraz bardziej spędzałam godziny wyczytując nowe rzeczy i wyłapując ćwiczenia z filmików :)
Moim zdaniem nie można skupić się tylko na przywołaniu i trzeba robić z psem coś więcej. Nawet przez zwykłe sztuczki wdrążamy psa w tryb pracy, pokazujemy mu na czym rzecz polega, wzmacniamy więź i poszerzamy wspólne horyzonty, a do tego dla psa praca z nami nie będzie oznaczać  tylko nudnego wałkowania przywołania, tylko coś o wiele fajniejszego :D

Zmieniłam także nagradzanie – zakupiłam cały kosz zabawek, żwacze i upichciłam super smakowite ciacha. Bo za co pies chętniej do nas przybiegnie – za jedną nudną piłkę, czy kilka super ukochanym zabaweczek? Wiadomo, że to drugie i u nas zaskakiwanie psa w nagradzaniu to był mega krok do przodu. W późniejszym czasie zmniejszyłam również porcję jedzeniową (Abi była przejedzona i do tego  miała kilka kg nadwagi), a potem spaliłam częściowo miskę i nastąpił prawdziwy przełom! Motywacja level high!

Kolejnym krokiem w przód były ćwiczenia na motywacje (przeróżne możecie znaleźć na youtubie) zarówno te na jedzenie jak i zabawki. Praca ze zmotywowaną Abi to było jak niebo, a ziemia i wreszcie mogłam ćwiczyć bez obawy, że uzna zapaszki za coś fajniejszego niż moja osoba ;)

Jednak w ciągu dalszym szarpałyśmy się na smyczy tudzież lince (nie miałam odwagi jej spuścić) i wałkowałyśmy przywołanie, ale dalej to nie było to. Do tego przy innych psach Abi całkowicie traciła mózg :/ I tutaj wprowadziłyśmy samokontrole w różnych postaciach czy to smakołyczki przed nosem, czy na zabawki i wałkowałyśmy to w szczególności przy innych psach. Przy przywitaniu zawracałyśmy przez 20 minut, aż spokojnie podeszła do kolegi, a przed całkowitym szaleństwem chwila popatrzenia na mnie – i to był przełom! Aktualnie Abi  gdy widzi innego psa często, podchodzi do mnie i patrzy się na mnie, tak mocno to się w niej utrwaliło :) Tym samym dużo łatwiej jest ogarnąć skupionego na nas psa niż tego w amoku emocji. To samo wprowadziłam przy zwykłym spuszczaniu ze smyczy – chwila zerknięcia na mnie (najpierw smakołyk koło oczu i klikałam za każde popatrzenie, potem wprowadziłam komendę ,,popatrz’’ i przekładałam smakołyk coraz bardziej w dół, tak żeby pies nie patrzył się na niego tylko na mnie, przy dużej ekscytacji na spacerach, stawałam i czekałam, a w trudnych warunkach pomagałam naprowadzając smakiem) i dopiero potem hulaj dusz, piekła nie ma.

Dodatkowo klikałam jej własne imię, czyli Abi, klik, smakołyk :) Zauważyłam, że przy wołaniu psa lub wydawaniu komendy (typu wcześniejszego ,,popatrz’’) najpierw wypowiadam jej imię. Tym samym przy dobrym utrwaleniu i skojarzeniu z nagrodą, dużo łatwiej osiągnę jej uwagę niż wydając jedną, nudną komendę (często kojarzącą się z treningiem i nerwowymi sytuacjami) i to był strzał w dziesiątkę :D Imię – móżdżek wracał na właściwe tory  – właściwa komenda – i skupienie. Przy dłuższym stosowaniu gdy wypowiadałam jej imię, aż cała się zrywała i już chciała dostać smaka, dlatego dużo łatwiej było mi zwrócić jej uwagę przy innym psie :)

Dużo dało nam też obedience, które kochamy całym serduchem. Tam cały czas nagradzamy psa za skupienie na nas, dlatego później było mi łatwiej ogarnąć jej ekscytacje, bo miała wpojone, ze tylko za skupienie dostanie nagrodę :) A do tego niby zwykłe podążanie za nami albo chodzenie przy nodze – idealne na przedłużenie kontaktu z nami w trudnych sytuacjach :D Wszyscy, którzy nas znają potwierdzą, że Abi na spacerze co chwilę dokleja mi się do nogi i uwielbia to ćwiczenie – myślę, że to przez wałkowanie go w młodzieńczych latach, kiedy było jedyną ostoją przy burzy emocji :)

Tryb ,,on’’ i ,,off’’ również pozwolił suni się ustabilizować, czyli czas na spanko  i czas na pracę, nigdy 24h na wysokich obrotach ;)


Potem gdy widziałam, że sunia oprócz tysiąca różnych rzeczy znalazła równie czas na mnie, zaczęłam powoli odpinać smycz. Bez katastrof się nie odbyło - szczególnie kiedy zbliżała się cieczka, wtedy cofałyśmy się o etap do tyłu, ale widziałam  duży postęp. Na spacerach chowałam się jej za drzewami, uciekałam w drugą stronę, zawsze wołałam radośnie, obficie i kreatywnie nagradzałam i móżdżek zaczął powracać :) Oczywiście zdarzały się dni kiedy miała mnie totalnie w czterech literach, wtedy od razu zapinałam ją na smycz, wracałyśmy do domu i nikt nie odzywał się do niej przez cały dzień (w któreś książce wyczytałam, że wtedy pies czuje się wycofany ze stada i widząc jakie zachowanie to sprawia będzie go unikał).

Jeszcze trzy lata temu Abi wcale nie była takim kochanym pieskiem, bo około dwóch lat zajęło mi sprowadzenie jej na właściwe tory ;) Bywały chwile kiedy miałam totalną załamkę, wszystko szlag trafiał, miałam dość i najchętniej oddałabym ją przechodniowi albo zamknęłabym w pokoju i nie widziała przez najbliższy tydzień. W życiu nie marzyłam, że będę mieć psa, z którym istniej takie słowo jak praca czy podróże, gdzie będę mogła cieszyć się hasającym i szczęśliwym (może dlatego tak nie lubią chodzić z psem na smyczy, zawsze nerwica mnie na wszystko bierze) psiurem bez względu na to czy to wyjazd w pobliskie góry, na drugi kraniec Polski czy za granicę ;) Myślę, że nie ma tutaj złotego środka, bo każdego psa trzeba traktować indywidualnie i powody ucieczek są różnorodne. U nas  minęły już dobre dwa lata odkąd pokonałyśmy ten problem (chociaż zając i sarna to i tak najwięksi wrogowie!) i trzymam kciukasy za wszystkich, którzy się z nim zmagają :) Dacię radę, na pewno!


19 komentarzy:

  1. My też borykamy się z tym problemem, choć często da się Psy odwołać - nie są takie uparte :).
    Mam nadzieję, że Abi zawsze będzie się słuchać :D
    psi-zawrot-glowy.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że ten problem jest już za nami :D Czasami zdarzają się jeszcze jakieś zgrzyty przy gorszym dniu i nie mamy 100% przywołania, ale myślę, że to zdarza się każdemu :)

      Usuń
  2. Bardzo ładne zdjęcia. tak na przyszłość nie rób takiego tasiemca, lub ostrzegaj ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak Ci się nie podoba to nie musisz komentować, a Autorka ma prawo robić co chce, bo to jej blog. To chyba trochę niemiłe pisać "nie rób takiego tasiemca" ;).
      Osobiście bardzo lubię długie posty i zapewne wiele czytelników również.

      Usuń
    2. Ja także je lubię :) Według mnie tasiemce na temat danego problemu to najbardziej wartościowe posty, bo zawierają w sobie mnóstwo przemyśleń i wiele mądrych spostrzeżeń. Myślę, że zainteresowani przeczytają, a do tego to pierwszy taki wpis ma blogu i przyznam, że mam małą tremę ;)

      Usuń
  3. Fajny ten tasiemiec :) Z Reksiem to jest różnie, przyjdzie, chyba, że go coś rozproszy, np. bażant. Wiem, że jeszcze sporo pracy przed nami, a Wam bardzo gratulujemy. Pozdrawiamy pusia-i-ja.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas za to sarny to wróg numer jeden! Chociaż ostatnio widzę progres i móżdżek szybciej powraca na dobre tory po spotkaniu z nieprzyjacielem :D

      Usuń
  4. Bardzo wartościowy post, przeczytałam od deski do deski i z każdą linijką było mi coraz bardziej wstyd, że w ogóle się nie przykładam do przyłowywania. U mnie Pies jest zawsze spuszczany i nie ma możliwości żebym wróciła do domu bez Niego, bo po prostu trzyma się blisko, czy ja tego chcę czy nie :D. Właśnie przez to nie mam okazji żeby Go wołać i nie wiem tak naprawdę czy by przybiegł czy nie. Ale Twój post dał mi kopa motywacji i chyba zacznę przywiązywać do tego większą wagę, dzięki :).

    Pozdrawiamy E&D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie martw się teraz nawet ja sama się na tym przyłapuje, że spacerując dużo rzadziej wołam Abi ;) Problemy z ucieczkami już dawno minęły, sunia trzyma się blisko mnie i często podczas ciężkiego tygodnia rozmyślam nad czymś zupełnie innym niż przywołanie ;) Ale mimo tego codziennie wykorzystujemy je na spacerach, bo jednak jeśli coś zaniedbało się w młodocianych latach, potem często lubi dawać się we znaki :P

      Usuń
  5. Ajajaj, wparowało w powyższy post kilka błędów ortograficznych. Prawdę mówiąc bardzo mi to nie przeszkadza, ale w niektórych momentach trudno jest zrozumieć przekaz danego zdania, więc radziłabym jeszcze raz zerknąć na notkę i przeczytać ją od pierwszej do ostatniej litery, poprawiając błędy. :)

    A post spadł mi jak z nieba, właśnie tego wszędzie szukałam, bo z tym się obecnie zmagamy, w dodatku bezskutecznie. Mam wielką nadzieję, że Twoje rady to zmienią. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To w sumie zabawne, bo sprawdziłam tekst dwukrotnie i zauważyłam tylko kilka drobnych literówek, które w takiej ilości tekstu są rzeczą nieuniknioną ;) Wklepałam nawet całą notkę w internetową korektę teksów i również nic nie wykryło, więc nie wiem co było nie tak.
      Trzymam kciuki!

      Usuń
    2. Może to ja mam zwidy. :D
      Chyba raczej gramatyczne, bo ortograficznie było okej, ale to nieważne, przepraszam.

      Usuń
  6. Tasiemiec uderza w ważną nutę, ludzie bardzo często zmagają się z problemem przywołania. U nas było podobnie, w głównej mierze pomogło chowanie się psu, kiedy zajmował się głupotami ;) A w przypadku Cekina przywołanie nijak nie wychodzi, ale zamiennie stosujemy "stój" - pies zatrzymuje się i można go zapiąć na smycz.

    OdpowiedzUsuń
  7. Lubie czasami takie długie, mające przesłanie posty :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo fajny post, chętnie skorzystam z tych rad :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Super post! Był mi on potrzebny! Jesteśmy teraz z Zoną na etapie szkolenia (przywołanie, skupianie uwagi, chodzenie na smyczy)...no właśnie i te spokojne chodzenie na smyczy to jest ogromny problem (reszta wychodzi naprawdę dobrze)...Co do moich szkoleniowców to mam również mieszane uczucia i nie wiem czy dalej jest sens w tym uczestniczyć... Stwierdzili, że Zona kompletnie nie potrafi chodzić na smyczy spokojnie i trzeba stosować albo kolczatkę plastikową albo łańcuszek zaciskowy, żeby się z nią tak nie szarpać na pasku...takie metody nie przemawiają do mnie i odrzucają przyznam szczerze...już nie wiem co myśleć i na co się zgadzać a na co nie...

    OdpowiedzUsuń
  10. U nas też był z tym duży problem,szczególnie trudno było poskromić jamnicze instynkty-jak Długi coś już poczuł to świat wokół niego nie istniał.
    Jamnik to pies myśliwski, służący do polowania na lisy i borsuki. Znajdując lisa w jamie, owija się dookoła niego swym ciałem i dusi niczym wąż boa. Szczególnie długie egzemplarze używane są do polowania na dziki. Rekord wynosi 2 odyńce, locha z młodymi i przypadkowo przechodzący nieopodal żubr :D
    metrmerdajacejmilosci.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  11. Mądre podejście do sprawy. Podziwiam za wytrwałość, problem ciągnący się przez taki okres czasu to dla niektórych wystarczająco długo, by się poddać, olać kłopot i uznać, że pies tak już ma. Jak najbardziej zgodę się co do tego, że nasze nastawienie ma ogromne znaczenie - im więcej spokoju i opanowania, tym łatwiej nam myśleć racjonalnie i nie przelewać frustracji na psa (co wcale nie jest łatwe, kiedy dopada nas bezsilność). Pozostaje mi tylko pogratulować, że mozolną pracą dotarłyście do punktu, w którym obie strony są zadowolone :D Nic nie cieszy bardziej od świadomości wzajemnego zaufania.

    OdpowiedzUsuń
  12. Faktycznie długi ten post, ale przeczytałam go z zapartym tchem. Wykonałaś z Abi kawał naprawdę dobrej roboty. Myślę, że Twoje wskazówki przydadzą się wielu psiarzom (w tym także mi). Wrogiem nr. 1 moich psiaków są koty - wtedy włącza się w nich "słuch wybiórczy" i kompletnie ignorują moje przywołania... sporo pracy przed nami.

    Czekam na kolejny post z serii tasiemcowatych i z pewnością odwiedzę ponownie Twojego bloga :)

    OdpowiedzUsuń