piątek, 30 października 2015

Chuckit! Indoor Shaker - test

O to piłko-mopowate ,,coś’’ było tak wiele pytań, że nie sposób nie przedstawić Wam naszej nowej zdobyczy z Chuckit! i omówić dokładnie co i jak. Do dzieła, zaczynamy!


Przyznaję się, że początkowo oglądając mopokulę w Internetach miałam nieodparte wrażenie, że będzie luźnym, miękkim ,,workiem’’ i trwałam w nim, aż do dnia przesyłki. Jednak jedno było pewne, połączenie dużej piłki, rączki i mopowatej faktury – nie… to nie mogło się nie udać ;)

Na początek trochę teorii, wybaczcie :P
Shaker ma średnicę 12 cm (dużo czy mało? Wszystko okaże się w części praktycznej :D) do tego dołączono stosunkowo krótką rączkę z logo firmy i zastanawiam się – z obawy o jej długość - czy stworzono ją w celu przeciągania czy trzymania (rzucania). My stosowałyśmy różnorako, bo przy zabawie, aż prosi się o chwycenie, ale przyznam, że nie było to zbytnio komfortowe - cały czas musiałam kurczliwie trzymać, żeby czasem nie wyślizgnęła się z rąk. Jeśli chodzi o materiał, który użyto do jej wykonania to jest to ten sam co w Ultra Tugu (czyt. dość sztywny) – szczęśliwcy zaopatrzeni w owego (można już powiedzieć) klasyka będą wiedzieć w czym rzecz ;) 
Za to pseudo mop, którym obszyta jest piła fakturą od swojego kolegi nieco się różni – frędzelki są dużo delikatniejsze, cieńsze i mniej puszyste - ale zdecydowanie zalicza się do tych przyjemnych dla psich ząbków :)


Miękkość zabawki jest sprawą dość zabawną, bo przy otworzeniu paczki trochę się przestraszyłam nie ze względu na jej twardość, ale duże naprężenie przez co miałam obawy, że Abi napotka trudności z jej uchwyceniem. Przy zganianiu trzeba użyć trochę siły (więc nie należy ona mięciutkich ,,ala’’ szarpaczków), a po puszczeniu momentalnie powraca do wcześniejszego stanu, toteż wszelkie odgniecenia nie mają prawa zaistnieć :) Jak widać liczba obaw przyrastała w tempie jednostajnie przyśpieszonym i równała się liczbie ochów i achów, a jak było w części praktycznej? :D


Abi od początku była zachwycona nową zdobyczą i na widok mopokuli miała iskierki w oczach, dosłownie :D Sprawdzałyśmy ją w czterech dziedzinach: jako bezpieczną zabawkę do domu, piłę do miotania na dworze, nagrodę na treningach co równoznacznie łączyło się z dużą ilością szarpania oraz jako zabawkę do memlania.

Pierwsza próba wypadła najbardziej pozytywnie i nie ma się co dziwić, bo takie jest jej pierwotne założenie :) Możemy bawić się bez obawy, że za chwilę rzucając rozbijemy telewizor, bo nawet jeśli w niego wycelujemy to piła delikatnie się odbije i o pęknięciu albo lekkim zarysowaniu nie mam mowy ;) Jest też bardzo lekka, dlatego ciężko zrzucić nią przedmioty i na tyle duża, że nie wpada pod kanapę czy pułki (jak mają to w zwyczaju inne piłeczki), a tym samym oszczędzamy nasz kręgosłup oraz uszy – sami wiecie, że zablokowana zabawka i nakręcony pies równa się z głośnym i donośnym lamentowaniem ;)

Przy drugiej dziedzinie wszystko byłoby super gdyby nie ekstra szybkie brudzenie się ;) Wystarczy trochę wody i ziemi, żeby nasza kolorowa piłka wyglądała jak po ciężkich przejściach, dlatego co drugi/trzeci spacer (w zależności od pogody) poddaje ją względnemu czyszczeniu. Wystarczy mydło, gąbka i bieżąca woda – kąpiel jest mega szybka, ale schnięcie zajmuję już chwile czasu :P Dzięki rączce lata daleko, lekko się odbija, czasami ucieka przed paszczą, co wzmacnia chęć pogodni, a ze względu na rozmiar i kolory jest od razu namierzana i schwytywana :D


Z kolei trzeci sposób użytkowania niesie za sobą pewne minusy. Przy szarpaniu wspomniana wcześniej krótka rączką jest trochę nieporęczna, a chcąc chwycić za piłkę mam duże obawy, że skończę z amputowanymi palcami ;) Dodatkowo z jednej strony uchwytu rozpruł się nam trochę materiał i nie wiem czy trafiłyśmy na felerny egzemplarz (z drugiej strony wszystko jest w jak najlepszym porządku) czy takie obrażenia występują powszechnie. Przy nagradzaniu rzucając w stronę psa piła zwyczajnie odbija się od rozdziawionej paszczy za względu na jej rozmiary – niektóre psy może to zniechęcać, a inne nakręcać (u nas występuję drugi objaw :D). Próbowałam też nagradzać trzymając za rączkę, ale pies również chybuje, bo piłka jest mocno naprężona i cieka przed ząbkami. Dopiero kiedy Abi docisnęła ją do mojej nogi i przestała się ruszać (całe spodnie w ślinie…) mogła spokojnie ją chwycić. Dlatego zazwyczaj rzucałam ją na ziemię, a wtedy nie było problemu z pobraniem, bo dociśnięta do ziemi przestała się miotać na wszystkie strony ;)

A dochodząc do czwartej próby jestem jak najbardziej na tak :D Abi rzadko kiedy lubi memlać zabawki, bo zwyczajnie się jej to nudzi, a ta zajmuje ją naprawdę na długo. Myślę, że to ze względu na to, że cały czas chce wracać do poprzedniego stanu i przy memlaniu napiera na zęby psa, co jeszcze bardziej motywuje go do ponownego zatopienia w niej swoich ząbków :)


Biorąc pod uwagę wszystkie spostrzeżenia jestem jak najbardziej na tak :D Myślę, że to coś nowego, ciekawego i podobającego się dużej ilości spragnionych zabawy psów. Jedynie u zwierzaków o małych szczękach mogą wystąpić komplikacje z jej schwyceniem (szkoda, że wstępuje tylko w jednym rozmiarze). Koniecznie dajcie znać czy też posiadacie mopokulę! :D

piątek, 16 października 2015

Zawijanie w kocyk - jak nauczyć?

Zwana różnie czy to tortillą czy burrito - całkowita dowolność- ale sens nadal zachowany jest ten sam, ,,zmęczony'' piesek, zawija się w kocyk i idzie spać :) Zawsze wzbudza w oglądających czułe ,,oooh'', więc idąc drogą dedukcji można zaliczyć ją do tych atrakcyjnych wizualnie. Niby nic skomplikowanego, a jednak zawiera w sobie kilka haczyków. Zaczynamy!



Pierwsze co rzuca się w oczy to zsynchronizowanie przez psa dwóch czynności wykonywanych w tym samym czasie i to właśnie najcięższa bariera do przejścia. Żeby rozjaśnić nieco trick jak zwykle rozkładamy go na części pierwsze, a co za tym idzie każde z dwóch zachowań będziemy musieli wypracować osobno, a potem z kolei je połączyć. Podsumowując trochę pracy przed nami :D

1. Zaczynamy od turlania. Wiem, że w Internetach, aż roi się od tutoriali na ten temat, ale ja także dorzucę swoje trzy grosze :) Cała sztuka polega na odpowiednim posługiwaniu się naszą dłonią i zawartym w niej smakołyku. Na początku zbliżamy ją do pyszczka, a potem powoli przesuwamy w stronę psa tak by chcąc zdobyć smakołyk stopniowo kładł się. Nagradzamy oczywiście za każdy najmniejszy krok, a gdy pies znajdzie się już dostatecznie blisko ziemi (tak by mógł przerzucić resztę swojego ciałka na drugą stronę) przekładamy dłoń nad jego pyszczek, co równa się z tym, że obróci się na plecy. Koleinie szybszym ruchem (pozycja do góry brzuchem nie jest dla niego zbyt komfortowa) prowadzimy pyszczek psa na dół, żeby swobodnie się przeturlał :) Żadnego popychania, przytrzymywania, wywracania - wszystko na spokojnie, żeby pies mógł się zrelaksować. Wtedy pójdzie już z górki :)


2. Koleinie dochodzi nam trzymanie przedmiotów. Na początek nie wybieramy kocyka, a zabawkę czy cokolwiek zbliżonego fakturą i lubianego przez psa :D Na pewno zauważyliście, że kocyk to więcej zamieszania (pies oprócz trzymania końca musi mocno się odepchnąć, żeby pociągnąć materiał i przy okazji nie zaplątać sobie o niego łap), dlatego do samej nauki synchronizowania turlania i trzymania lepsza jest zabawka :)
Początkowo nagradzamy za każde dotknięcie, potem podjęcie i trzymanie - najpierw sekundkę potem dwie, trzy. Jednak większość psów tak lubi swoje gadżety, że nie będzie tu większych problemów z trzymaniem ich w pyszczku, co ułatwi sprawę, bo wiele z nich gdy w grę wchodzą niezabawkowe rzeczy ma z tym problem.

3. Kiedy turlania i chwilowe trzymanie zabawki mamy już opanowane, pora to połączyć. Tak jak wspomniałam będzie to prostsze niż z kocykiem, i pozwoli psu zrozumieć w czym rzecz polega. Przed sesją możemy się chwilę poszarpać, żeby bardziej zmotywować psa i uniknąć wypluwania zabawki. Potem kładziemy go i zaczynamy pierwszą komendę ,,trzymaj'' (możemy delikatnie się poszarpać), dokładamy drugą ,,obrót'' i włala :D


4. Teraz dopiero nadchodzi pora na kocyk. Przy pierwszych próbach polecam zrolować koniec, żeby utworzyć z niego coś zbliżonego kształtem do zabawki i prostszego do chwycenia, a przy okazji zmieszamy ryzyko zaplątania się psa w wolny koniec, co może na początku skutecznie go odstraszyć :)

5. Następnie stopniowo rozwijamy zrolowany koniec, do chwili aż pies będzie zawijał się chwytając za luźny kocyk, który mu podamy. Na początku podnosimy go wysoko, a potem coraz niżej tak by przyzwyczaić psa do przyszłego podejmowania go samodzielnie z ziemi :)

Jak widzicie połączenie dwóch czynności bywa trochę zagmatwane, ale wszystko da się zrobić :) Kocyk rzecz jasna dobieramy wielkościowo do psa - razem z Abi polecamy te mięciutkie i przyjemne dla psich ząbków i mamy nadzieję, że teraz ilość psich tortilli wzrośnie :D Koniecznie pochwalcie się efektami!

PS: Oczywiście to tylko moja propozycja na nauczenie tej sztuczki. Trzeba brać pod uwagę, ze każdy pies jest inny i do każdego podchodźmy indywidualnie :)



piątek, 9 października 2015

,,Do mnie!'' - rozwód nad felernym przywołaniem.

Uwaga!  Pierwszy tasiemiec na blogu - czułam dużą potrzebę wygadania się :)

 Jak zapewne wiecie z powyższym tematem zmagałyśmy się bardzo długi czas, przez moje zaniechania w czasach młodocianych toteż Abi używała sobie, a używała ;) Odkręcić potem to wszystko i przywrócić móżdżek na właściwy tor myślenia było bardzo (ale to bardzo) ciężko, dlatego pomyślałam, że opiszę sposoby, które się u nas sprawdziły i te które okazały się totalnymi bublami. A nóż przyda się to osobą zmagającym się z tym niełatwym problemem :)


W naszym przypadku przyczyniły się do tego dwie rzeczy – moja niewiedza (plus brak doświadczenia) oraz silny instynkt Abi. Nie da się ukryć, że to mieszanka wybuchowa i nic pozytywnego nie mogło z tego wyniknąć ;) Oczywiście na początku kiedy szczeniaczek chce być jak najbliżej mamusi nie widziałam żadnego problemu (ba, wręcz się cieszyłam, jaki grzeczny trafił mi się piesek) i jakiekolwiek ćwiczenia przywołania porzuciłam w kąt. Jednak kiedy nadszedł etap dojrzewania, emocje wzięły górę i zaczęło się! Kompletnie nie wiedziałam jak ogarnąć nie radzącego sobie z własnymi emocjami psa, mającego wszystko w swoim zadku do tego kompletnie nie reagującego na przywołanie, z silnym instynktem pogoni, który zwiewał gdy tylko nadarzyła się okazja. Coś tam próbowałam wyczytać z Internetu, wprowadzić smakołyki, zabawki, ale dalej się miotałam bez ściśle sprecyzowanego planu, kiedy czas płynął i Abi rozkręcała się coraz bardziej. Sfrustrowana, że nic nie działa, widząc inne grzeczne pieski, kiedy mój ,,imprezował’’ na całego, przypięłam smycz i tak szarpałyśmy się dobry rok. Przy okazji przewinął się jeszcze ,,super’’ trener, kiedy kompletnie nie wiedziałam co robić (pisałam o tym o TU) i zrujnował wszystkie podstawy, które sobie powoli wypracowywałyśmy, a po podziękowaniu Panu, pozostałam na lodzie sama (o zapomniałabym - jeszcze z miotającą się Abi!).


Wtedy to właśnie zaczęła się długa droga kiedy uczyłam się jak ta cała praca z psem powinna wyglądać, odkryłam kliker, zaczęłyśmy dłubać coś w sztuczkach, potem doszło obi i powoli , powolutku wracałyśmy na właściwe tory :)

Przede wszystkim powinniśmy zacząć od siebie i całkowicie wyczyścić umysł z wszystkich niemiłych sytuacji, które wydarzyły się wcześniej. Chyba z tym miałam największy problem - cały czas byłam zestresowana, bo już widziałam jak Abi chcąc się przywitać staranuje nadchodzącego psa, wyczuwając zapach pobiegnie w siną dal albo zwieje do osoby na horyzoncie i nie będzie dała się przywołać – jednym słowem cały czas miałam w głowie to co Abi nawyczyniała wcześniej. Do tego widziałam różnicę, kiedy powierzyłam ją w ręce kogoś innego na spacerze, sama się przyglądając i wtedy zachowywała się całkiem przyzwoicie (na pewno nie tak jak przy zestresowanej mnie). Dlatego najpierw wyzerowałam swój umysł do zera i zaczęłyśmy wszystko od początku :)

Plan działania to coś co powinien stworzyć sobie każdy :D Rozpisać co chcemy osiągnąć w danym miesiącu, a potem zrobić raport co udało się wypracować, a co dalej nie wychodzi. Idealnie byłoby robić krótką notatkę pod koniec każdego dnia, ale takie miesięczne sprawozdanie też bardzo dużo daje :)

Dodatkowo zastanowiłam się w czym tkwi problem – przedtem chciałam go rozwiązać, a tak naprawdę nie wiedziałam skąd się wziął i co go nasila ;) Tak jak pisałam wcześniej głównym sprawcą była moja niewiedza, ale z czasem zauważyłam, że na nasze problemy z zachowaniem nie składa się tylko uciekanie, czynników jest o wiele więcej. Przede wszystkim nie radzenie sobie Abi z własnymi emocjami, brak samokontroli, skupiania na sobie, złe witanie cię z innymi psimi kolegami, brak rozwijania łepetynki, brak motywacji, złe nagradzanie, monotonność mojego głosu i brak radości w pracy, niewłaściwa ilość i złe rozdzielanie pokarmu, zła socjalizacja czy brak oparcia we mnie. I tak naprawdę, żeby poradzić sobie z uciekaniem musiałam rozwiązać również wszystkie wymienione wcześniej problemy - czyli kupa pracy przed nami!


Chyba jedyną rzeczą, która od zawsze wyglądała dobrze była ilość dostarczanego ruchu :D Albo codziennie wybierzemy się na spacer albo nici z pracy. Czas i intensywność oczywiście zależy od psa – w naszym przypadku to było dużo, bardzo dużo :P Dodatkowo codziennie zmieniałam nasze szlaki spacerowe, zaczęłam włączać w nie rower, pływanie, bieganie (to akurat sporadycznie, nie jestem do tego stworzona :P) czy uatrakcyjniałam spacery w różne zabawy typu wchodzenie na kamienie, wyjadanie smakołyków z trawy itd.

Po tym wszystkim uznałam, że dobrze byłoby oprócz wybiegania psa (Abi była dużo bardziej spokojniejsza) zacząć robić z nim coś więcej. I tak zakupiłyśmy kliker, zaczęłyśmy sztuczkować, wdrążyłyśmy się w obi, potem rozbudowałyśmy nasz tor i spróbowałyśmy frisbee. Jednym słowem nie było czasu na nudę, a ja wkręcając się w to coraz bardziej spędzałam godziny wyczytując nowe rzeczy i wyłapując ćwiczenia z filmików :)
Moim zdaniem nie można skupić się tylko na przywołaniu i trzeba robić z psem coś więcej. Nawet przez zwykłe sztuczki wdrążamy psa w tryb pracy, pokazujemy mu na czym rzecz polega, wzmacniamy więź i poszerzamy wspólne horyzonty, a do tego dla psa praca z nami nie będzie oznaczać  tylko nudnego wałkowania przywołania, tylko coś o wiele fajniejszego :D

Zmieniłam także nagradzanie – zakupiłam cały kosz zabawek, żwacze i upichciłam super smakowite ciacha. Bo za co pies chętniej do nas przybiegnie – za jedną nudną piłkę, czy kilka super ukochanym zabaweczek? Wiadomo, że to drugie i u nas zaskakiwanie psa w nagradzaniu to był mega krok do przodu. W późniejszym czasie zmniejszyłam również porcję jedzeniową (Abi była przejedzona i do tego  miała kilka kg nadwagi), a potem spaliłam częściowo miskę i nastąpił prawdziwy przełom! Motywacja level high!

Kolejnym krokiem w przód były ćwiczenia na motywacje (przeróżne możecie znaleźć na youtubie) zarówno te na jedzenie jak i zabawki. Praca ze zmotywowaną Abi to było jak niebo, a ziemia i wreszcie mogłam ćwiczyć bez obawy, że uzna zapaszki za coś fajniejszego niż moja osoba ;)

Jednak w ciągu dalszym szarpałyśmy się na smyczy tudzież lince (nie miałam odwagi jej spuścić) i wałkowałyśmy przywołanie, ale dalej to nie było to. Do tego przy innych psach Abi całkowicie traciła mózg :/ I tutaj wprowadziłyśmy samokontrole w różnych postaciach czy to smakołyczki przed nosem, czy na zabawki i wałkowałyśmy to w szczególności przy innych psach. Przy przywitaniu zawracałyśmy przez 20 minut, aż spokojnie podeszła do kolegi, a przed całkowitym szaleństwem chwila popatrzenia na mnie – i to był przełom! Aktualnie Abi  gdy widzi innego psa często, podchodzi do mnie i patrzy się na mnie, tak mocno to się w niej utrwaliło :) Tym samym dużo łatwiej jest ogarnąć skupionego na nas psa niż tego w amoku emocji. To samo wprowadziłam przy zwykłym spuszczaniu ze smyczy – chwila zerknięcia na mnie (najpierw smakołyk koło oczu i klikałam za każde popatrzenie, potem wprowadziłam komendę ,,popatrz’’ i przekładałam smakołyk coraz bardziej w dół, tak żeby pies nie patrzył się na niego tylko na mnie, przy dużej ekscytacji na spacerach, stawałam i czekałam, a w trudnych warunkach pomagałam naprowadzając smakiem) i dopiero potem hulaj dusz, piekła nie ma.

Dodatkowo klikałam jej własne imię, czyli Abi, klik, smakołyk :) Zauważyłam, że przy wołaniu psa lub wydawaniu komendy (typu wcześniejszego ,,popatrz’’) najpierw wypowiadam jej imię. Tym samym przy dobrym utrwaleniu i skojarzeniu z nagrodą, dużo łatwiej osiągnę jej uwagę niż wydając jedną, nudną komendę (często kojarzącą się z treningiem i nerwowymi sytuacjami) i to był strzał w dziesiątkę :D Imię – móżdżek wracał na właściwe tory  – właściwa komenda – i skupienie. Przy dłuższym stosowaniu gdy wypowiadałam jej imię, aż cała się zrywała i już chciała dostać smaka, dlatego dużo łatwiej było mi zwrócić jej uwagę przy innym psie :)

Dużo dało nam też obedience, które kochamy całym serduchem. Tam cały czas nagradzamy psa za skupienie na nas, dlatego później było mi łatwiej ogarnąć jej ekscytacje, bo miała wpojone, ze tylko za skupienie dostanie nagrodę :) A do tego niby zwykłe podążanie za nami albo chodzenie przy nodze – idealne na przedłużenie kontaktu z nami w trudnych sytuacjach :D Wszyscy, którzy nas znają potwierdzą, że Abi na spacerze co chwilę dokleja mi się do nogi i uwielbia to ćwiczenie – myślę, że to przez wałkowanie go w młodzieńczych latach, kiedy było jedyną ostoją przy burzy emocji :)

Tryb ,,on’’ i ,,off’’ również pozwolił suni się ustabilizować, czyli czas na spanko  i czas na pracę, nigdy 24h na wysokich obrotach ;)


Potem gdy widziałam, że sunia oprócz tysiąca różnych rzeczy znalazła równie czas na mnie, zaczęłam powoli odpinać smycz. Bez katastrof się nie odbyło - szczególnie kiedy zbliżała się cieczka, wtedy cofałyśmy się o etap do tyłu, ale widziałam  duży postęp. Na spacerach chowałam się jej za drzewami, uciekałam w drugą stronę, zawsze wołałam radośnie, obficie i kreatywnie nagradzałam i móżdżek zaczął powracać :) Oczywiście zdarzały się dni kiedy miała mnie totalnie w czterech literach, wtedy od razu zapinałam ją na smycz, wracałyśmy do domu i nikt nie odzywał się do niej przez cały dzień (w któreś książce wyczytałam, że wtedy pies czuje się wycofany ze stada i widząc jakie zachowanie to sprawia będzie go unikał).

Jeszcze trzy lata temu Abi wcale nie była takim kochanym pieskiem, bo około dwóch lat zajęło mi sprowadzenie jej na właściwe tory ;) Bywały chwile kiedy miałam totalną załamkę, wszystko szlag trafiał, miałam dość i najchętniej oddałabym ją przechodniowi albo zamknęłabym w pokoju i nie widziała przez najbliższy tydzień. W życiu nie marzyłam, że będę mieć psa, z którym istniej takie słowo jak praca czy podróże, gdzie będę mogła cieszyć się hasającym i szczęśliwym (może dlatego tak nie lubią chodzić z psem na smyczy, zawsze nerwica mnie na wszystko bierze) psiurem bez względu na to czy to wyjazd w pobliskie góry, na drugi kraniec Polski czy za granicę ;) Myślę, że nie ma tutaj złotego środka, bo każdego psa trzeba traktować indywidualnie i powody ucieczek są różnorodne. U nas  minęły już dobre dwa lata odkąd pokonałyśmy ten problem (chociaż zając i sarna to i tak najwięksi wrogowie!) i trzymam kciukasy za wszystkich, którzy się z nim zmagają :) Dacię radę, na pewno!


piątek, 2 października 2015

Chuckit! Bumper - zielony patyk do wodnych swawoli

Wedle tradycji, co roku kilka nowości wpada do naszej kolekcji zabaw-dowodnych  i w te wakacje oprócz Water Skimmera (o którym możecie poczytać o tutaj), zawitał także i Bumper. Co prawda ten drugi okazał trochę spóźniony  i nie korzystaliśmy z niego pełną parą, ale co nie co możemy już powiedzieć :D Zaczynamy!

 

 Jeśli chodzi o wykonanie -jak zwykle to bywa z zabawkami Chuckit! -nie mam się do czego przyczepić. Materiał jest lekko szorstki (jeśli posiadacie bumeranga, skimmera czy chociażby squirrela to to jest właśnie to :D), ale przy tym przyjemny dla psich ząbków – memlanie jak najbardziej wchodzi w grę! Do tego gumowe końce z lekkimi rowkami, nie za twarde ani za miękkie, po prostu w sam raz. Zakończenia są ładnie połączone z materiałem, nic nie odstaje, oznak odrywania się czy odkleajania również brak. Na samym końcu sznurek, który zdecydowanie zwiększa właściwości lotne zabawki (rzucając za niego Bumper leci znacznie dalej – kłaniają się prawa fizyki ^^), a przy tym nie rozwarstwi się czy rozplątuje :)


Do wyboru mamy dwa zestawy kolorystyczne – niebiesko zielony i niebiesko pomarańczowy i dwa rozmiary (nasz to M), a wszystkie wymiary zielonego patyczka zilustrowane są na filmiku :D


W naszym przypadku pełni zarówno rolę przyjaciela do wodnych swawoli jak i daleko latającego aportu czy zabawki do szarpania :)

W pierwszym przypadku sprawdza się idealnie, bo do tego  w końcu został stworzony. Zarówno ze względu na kolory jak i zdolności wyporu Abi od razu go namierzała, nie miała też problemów ze złapaniem, bo Bumper ma świetne właściwości unoszenia się na tafli H2O i sytuacja gdy zanurza się pod wodę nie ma prawa zaistnieć :) Do tego jest długi i na tyle szeroki, że problemów z ,,uciekaniem’’ przed psią paszczą brak, a sznurek na tyle krótki, że nie pląta się w psie łapy :) Do tego w kontakcie z wodą, stosunkowo sztywny materiał staje się miększy, co dla nas jest plusem – Abi uwielbia zatapiać w nim swoje spragnione memlania ząbki :D


Przy drugiej kategorii pojawiają się jedynie problemy z zabrudzeniami. Polecam od razu się ich pozbyć (schodzą bardzo łatwo, wystarczy potrzeć szczoteczką pod bieżącą wodą), bo przy długim czasie babrania jej i zostawiania na własną rękę, błotko wchodzi w szczeliny materiału i ciężko potem doprowadzić go do stanu czystości. Poza tym wszystko jest cacy, a dodatkowo przez (wspomniany wcześniej) długi sznurek lata baardzo daleko :D


Z kolei trzeci wersja niesie za sobą pewne ryzyko w zależności jak mocne szczęki ma nasz pies. Osobiście nie wyobrażam sobie zabawy bez szarpania (Abi z resztą też) dlatego wszystkie nasze zabawki podlegają tej próbie i niestety zaobserwowałam już pierwsze zniszczenia. Destrukcja zachodzi na taj samej zasadzie co w Water Skimmerze – materiał nie pruje się czy pęka, ale przy mocniejszym gryzieniu i wbijaniu ząbków w ,,coś’’ znajdującego się w środku, rozciąga się i potem nie powraca do stanu ,,nówki sztuki’’ ale zostaje lekko zmarszczony i ponaciągany. Mi osobiście to nie przeszkadza, bo zabawka cały czas pozostaje zabawką, jedynie – z biegiem czasu- nie wygląda już tak pięknie, co kto lubi ;)


Jeśli chodzi o punkt dość kontrowersyjny, a mianowicie ceny tych ,,dziwacznych'' zabawek, to Bumper leży gdzieś pośrodku, a kwota waha się w zależności od rozmiaru. Jeśli mamy towarzysza, który nie cacka się z oszczędnym traktowaniem aportów to myślę, że lepiej dołożyć, niż po x raz któryś zawracać sobie głowę z wymienianiem zniszczonego modelu :)

Aktualnie wertuję strony i bije się z myślami co by tu wybrać na kolejny sezon pływacki :D Na pewno powiększymy pływacką kolekcję, nie może przecież wiać nudą! Jestem ciekawa co sądzicie o bohaterze dzisiejszego wpisu - może ktoś z Was już go posiada albo polecacie jakieś inne wodne bestsellery? :D